Kwestia wody w naszym gospodarstwie od samego początku była delikatnym tematem. Problemu staraliśmy się - nazwijmy to - nie wyolbrzymiać, co oznacza, że z typowym entuzjazmem uznaliśmy, że jakoś to będzie.
Na razie jest studnia kilka metrów od domu, głęboka na siedem kręgów. Wodę czerpie się wiadrem. Jesienią wypompowaliśmy całość wody i trochę zalegającego na dnie mułu. Na wiosnę wody było sporo, ale przy dłuższych suchych okresach lub po większym praniu szybko ubywa i powoli przybywa. Po mocnych deszczach poziom wody się podnosi, ale jest za to mętna i niezbyt smaczna. W ubiegłym tygodniu zdecydowaliśmy się wyczyścić studnię porządnie. Na pierwszy raz zamówiliśmy firmę, żeby zobaczyć jak to się robi. Przyjechała firma - syn z ojcem i kolegą do pomocy. Oczyścili i stwierdzili, że z tej studni nic nie będzie. Nie stoi na źródle, ani nawet porządnym cieku wodnym. Jest zasilana przez to, co dostanie się do niej z ziemi...
Niby przeczuwaliśmy coś takiego, bo Dziadek-Sąsiad mówił, że to nigdy nie była dobra studnia, ale stwierdzenie faktu wprost trochę nas podłamało.
Jak to często bywa w takich firmach, jeden z pracowników okazał się różdżkarzem i znalazł źródło kilkanaście metrów dalej. Podobno na dziewięciu metrach głębokości. Jeśli chcielibyśmy skorzystać z ich usług, to kopią studnie ręcznie. Chyba jednak nie chcemy. Trudno nazawać takie odczucia, ale było w chłopakach "coś", co nie wzbudzało zaufania, mimo, że wszystko, co mówili wydawało się logiczne, ale woda jest nam za bardzo potrzebna, a kasy mamy za mało, żebyśmy ignorowali takie oznaki.
Sprowadziliśmy zatem Szamana - owianego legendą różdżkarza-studniarza ze wschodniej Małopolski. Wysiadł z samochodu i zanim powiedział "dzień dobry" już wskazał źródło na 7-8 metrach. Radość była wielka, przyjechał znajomy już Pan od Koparki, żeby dogadać szczegóły. Roboty ustalone na poranek dnia następnego. Wieczorem jednak, kiedy Sąsiedzi poszli (bo przyjazd Szamana przyciągnął gapiów), Pan od Koparki odjechał, Szaman zaczął tracić animusz i popadać w wątpliwości, że może kamień, że może głębiej, że może koparka nie da rady, że może powinniśmy wiercić... Wykonał parę telefonów do różnych znajomych i szwagrów od odwiertów potwierdzić ceny i dostępność w najbliższym czasie. Nam humory się zwarzyły. W końcu zadzwonił do wyższej instancji - znajomego radiestety, z którym, dzięki łączności telefonicznej, mają mają więź energetyczną. Tamten powiedział, że woda w tym miejscu jest, ale w najlepszym przypadku na 15 metrach, a najlepiej byłoby wiercić do 30 metrów....
Gdyby ktoś miał takie podejrzenia, to nie poddaję w wątpliwość umiejętności różdżkarzy, wydaje mi się jedynie, że na 30 metrach w wielu miejscach można trafić na wodę.
Pan od Koparki został odwołany, podobnie jak zamówione już betonowe kręgi, a my zostaliśmy z naszą starą studnią, kiepską wodą i problemem do rozwiązania.
Poza tym dokonaliśmy wielu prac mało efektownych, choć niezbędnych, żeby posuwać się do przodu. Takimi pracami np. było wysypanie kamieniem zjazdu i parkingu, finalizowanie spraw urzędowych związanych z budową kopuły i oczyszczalni korzeniowej, czyli wizyty w starostwach, gminach, składach budowlanych, przegrzebywanie internetu w poszukiwaniu wiedzy i okazji, dalszy ciąg przeprowadzki (widać już koniec).
Tymczasem mój ogród pięknie zarasta. Zamierzone i celowe miesza się z przypadkowym i, jak się okazuje, dominującym...
A w ogóle, to dostałam w ostatnią niedzielę 13 takich cudaków, a 13 następnych jest podsadzonych pod kwoczkę.
Przyjechała z nimi karma dla piskląt. Odstawiłam ją i karmię mieszanką jajka z tartą marchewką, zieleninką (pokrzywa, mlecz i młoda trawka) osypane to wszystko rozdrobnioną owsianką. Doświadczone hodowczynie proszę o opinię i porady, czym karmić dalej.
Miłego dnia!