przy-ziemne

przy-ziemne

27 kwietnia 2017

Notatka o dachu nad głową (i aktualizacja zwierzyńca)

Miniona zima była pierwszą, którą w sposób dosłowny spędziliśmy z dachem nad głową. Poprzednie dwie były pod folią...
Dla przypomnienia - wybudowaliśmy sobie samonośną, słomiano-glinianą kopułę. Z powodu naszej niewiedzy, naiwności, hurraoptymizmu, błędów konstrukcyjnych i innych czynników naturalnych zewnętrzny tynk pękał. Pęknięcia były różne - większe i mniejsze. Każde z nich jednak prowadziło lub mogło prowadzić do przenikania wody do wnętrza ścian - słomianych. Efekt łatwo przewidzieć. Dwa lata poszukiwań doprowadziły nas do konstatacji, że nie istnieje środek, który byłby jednocześnie: wodoodporny (deszcz i śnieg), paroprzepuszczalny (oddychanie ścian) i elastyczny (odporny na pęknięcia). Ze złośliwości tego świata dochodzi jeszcze mróz, wiatr i promienie UV.... A, no i jeszcze byłby w zasięgu naszego portfela.
Zdecydowaliśmy się na, jak się wydawało, rozwiązanie najprostsze - przykrycie kopuły dachem. Aby nie obciążać ścian, dach musiał być niezależną konstrukcją, jednak na tyle stabilną, aby wytrzymać tutejsze wichury. Schody zaczęły się, kiedy kolejni fachowcy wycofywali się z projektu, twierdząc, że: to się nie uda. Naprawdę gorąco zrobiło się w sierpniu, kiedy dogadany budowlaniec, który trochę zna się na ciesielce i miał z K. stawiać dach wespół, przestał odbierać telefon.
Na pomoc jak zwykle ruszyli przyjaciele. Dwóch facetów, dwa miesiące pracy i dach stanął. Być może byłoby szybciej, ale wrzesień i październik nie rozpieszczały pogodowo. Poza tym z racji nieregularności kopuły projekt dachu nie był najprostszy i w dużej mierze kształtował się na bieżąco.
Ani K., ani nasz Przyjaciel nie mieli pojęcia o tego typu pracy. Często zdarzały się przestoje i zastanawianie się jak to dalej ugryźć. Pomocą, głównie przez telefon służył nasz znajomy cieśla, wpadł zresztą na dwa dni dorobić mieczyki do podpór. Chwała mu za to:)
Dla mnie ten dach, to pewnego rodzaju symbol. Namacalny symbol trywialnego: jak się chce, to wszystko można.
Efekty pracy w fotorelacji poniżej:
I co dalej?
Zaciosy - prawie profesjonalne.
Początki deskowania.

Skończone i wyrównane deskowanie.
Przy kładzeniu gontu pogoda była już mocno jesienna.
Nocne wycinanie mieczyków. Dziękujemy K.
No i jest...
Profil
Prawie skończone - na ostatni metr od góry zabrakło nam materiału i czasu. Czekamy na lepszą pogodę.
A muszę powiedzieć, że to nie jedyny dach, który powstał w ubiegłym sezonie budowlanym. Dachu nad głową i całej nowej stajenki doczekały się nasze kopytne - kozy, krówka i osiołek, a właściwie już para osłów. Jedynie owce zostały na starym miejscu w stodole i muszą poczekać, aż powstanie dla nich solidna wiata. Ale zyskały za to fajny zadaszony, zaciszny zakątek przy ścianie stodoły. Kury i kaczki też ustawione w kolejce po własne m.
Stajnia jest wynikiem zbiorowej pracy ekipy stawiającej takie budynki, mojego K. z doskoku oraz naszych dwóch lokalnych znajomych, z których jeden zrobił nam drzwi z futrynami, a drugi boksy dla zwierząt wewnątrz.



Każde w swoim pokoju.  


Obecnie już w każdym kątku po dzieciątku, a czasem po dwa.
Nad zwierzętami miejsce na sianko.
 A jak już tu jestem, to jeszcze parę zdjęć zwierzyńca. Nasz osiołek Piorun doczekał się w końcu gatunkowej koleżanki. Jest sporo większa od niego, więc czy będą z tego dzieci?

Pika i Piorun.
W owczym stadzie zaczerniło się od maluchów, choć nie wszystkie węgielki...
Lamia, wypasiona przez mamusię... Jej siostra, Luna, u nas na butelce, bo owcza matka przyjęła tylko jedną córkę
Hipolita, jedna z trojaczków od Hildegardy.

W tym roku na butelce dwójka... na razie.

Różyczka zabiega o względy Bernarda.
Dla odmiany kozie maluchy wszystkie białe po tatce.

 Co ma się urodzić jeszcze, niech się rodzi zdrowo. Co ma obrodzić, niech obrodzi bujnie! Pomyślności dla Wszystkich, którzy chowają, hodują, uprawiają, jak i planują:)

14 stycznia 2017

Notatka o życiu towarzyskim

Po tak długiej przerwie nie wiadomo od czego zacząć i który temat ruszyć. Ruszę zatem towarzyski, bo czas akurat sprzyjający:)

Kiedy kilka lat temu zakupiliśmy nasze gospodarstwo na Podkarpaciu, narzekaniom ze strony Rodziny i Przyjaciół nie było końca. Że koniec świata, że wilki nas zjedzą, że Ukraina nas wchłonie, że się odcinamy, bo przecież nikt do nas nie przyjedzie. Wychodziło na to, że w biedzie i samotności zginiemy marnie zaciukani przez bandytów, w najlepszym wypadku zagryzieni przez dzikiego zwierza. Wyjątkiem byli Ci nieliczni, którzy mniej więcej znali te rejony.

Rzeczywistość jest taka, że dawno już nie prowadziłam tak bogatego i ciekawego życia towarzyskiego jak obecnie. Starzy przyjaciele i tak przyjeżdżają nie bacząc na odległość i warunki bytowe. Co roku w okolicach noworocznych, majówkowych czy wakacyjnych mamy sporo wizyt, czasem trzeba wprowadzać grafik odwiedzin. Moje Przyjaciółki wpadają w międzyczasie na pogaduchy, kiedy K. wyjeżdża i można spokojnie poddać się kobiecemu strumieniowi świadomości.
Dla mnie osobiście ważne są też blogowe znajomości. Jest w tym jakaś magia, że ktoś przypadkowo trafił na bloga, coś tam przeczytał, przyjechał z ciekawości czy innych pobudek, ale te kontakty zostały i... trwają. I są dla mnie bardzo wartościowe!
Mamy też coraz więcej nowych znajomych zarówno tych z naszej wsi (ukorzeniamy się, dajemy się poznawać, więc i normalne odwiedziny sąsiedzkie są już praktykowane), jak i całe grono osiadłych w okolicach przybyszów. Bywają takie dni, kiedy naprawdę mam wrażenie, że drzwi się nie zamykają.

Okazuje się, że Podkarpacie przyciąga niezwykle interesujących ludzi. Nie brakuje tu "przesiedleńców" z miast z ostatniej fali migracji, ale też takich z końca lat 90. Szczególnie Ci drudzy mają za sobą ciekawe historie - wrastanie w wieś, która 20 lat temu wyglądała i myślała nieco inaczej niż teraz. Są też ludzie, którzy po latach edukacji  lub edukacji i pracy w wielkich miastach (kraju i świata) wrócili do domu. Albo osiedlili się jakby na nowo. Są artyści, rzemieślnicy, terapeuci, zielarze, naukowcy, społecznicy, ideolodzy. Teoretycy i praktycy... Są spotkania grupowe i indywidualne. Nawiązują się kontakty towarzyskie, handlowe i barterowe. Wielu z nas łączą podobne doświadczenia eko-budowania, -uprawiania, -jedzenia, -przetwarzania itp. Jest z kim pogadać o filozofii  i o kompoście, o odrobaczaniu kóz i alternatywnych metodach edukacji. Mała M. uwielbia te spotkania, bo jest też trochę dzieciaków w różnym wieku, więc atrakcje jakby same się napędzają:) Znika wtedy na kilka godzin i opowiada potem swoją historię, a ja mam wrażenie, że byliśmy na dwóch różnych spotkaniach, które tylko czasami się przenikały.

Jeśli mieliśmy kiedykolwiek wątpliwości, co do życia towarzyskiego tutaj (jakościowego i ilościowego), to zostały one już wielokrotnie rozwiane.

Jest też cała masa niezwykłych ludzi żyjących tutaj z dziada pradziadza, ale do nich paradoksalnie (a może nie) trudniej dotrzeć. Trzeba głębiej grzebnąć i szukać innych ścieżek. Dobrze, że jesteśmy na miejscu i mamy czas na te odkrycia...

Życzę wspaniałych odkryć (ludzi, miejsc, uczuć, umiejętności) w Nowym Roku!




20 lipca 2016

Notatka o rutynie i zmianach

Niby rutyna i powtarzalność, ale cały czas coś się zmienia. Właściwie nie ma dwóch takich samych dni. Do zwyczajowych zajęć cały czas doskakują jakieś nieprzewidziane sprawy, które też trzeba objąć swoją uwagą, poświęcić im czas. Szczególnie, kiedy otaczają cię żywe stworzenia. Każde ma swój charakter, a czasem charakterek. Mają też pomysły, niektóre zaskakujące. Z naszych zwierząt najwięcej niespodzianek i, co tu ukrywać kłopotów, produkują kozy. Nie darmo tradycja łączy je z diabelskim pomiotem. Prawda jednak jest taka, że tak samo wkurzają, co i fascynują.
W kwietniu kwitły tarniny
W maju na prowadzenie wyszły głogi
Zajęć mamy sporo. Trzeba pilnować, żeby nie dać się zwariować. Bardzo łatwo popaść w spiralę trudu i znoju. Permanentnego zmęczenia, narzekania.  Trzeba umieć odnaleźć miejsce na radość z tego życia, które sobie wybraliśmy. Czasami dopada zwątpienie. Pojawiają się pytania o sens. Dobrze, że się pojawiają, bo można po raz kolejny przemyśleć wybory i decyzje. Zwolnić, uświadomić sobie dlaczego tu jesteśmy. Ale kiedy zwalniamy, pojawiają się podstępne wyrzuty sumienia, że tyle jeszcze do zrobienia! Złapaliśmy już inną perspektywę - jeszcze jakiś czas temu działania, które zajmowały cały dzień, teraz nazywamy obijaniem się:) Bywają takie dni, że pracując od rana do wieczora - masz poczucie obijania się. Trzeba wziąć nowy rozpęd!
Zanim wezmę - może uda mi się skończyć tę notatkę, która powstaje od ponad miesiąca. Niektóre rozpoczęte wątki już się zdążyły się przeterminować. Sporo się dzieje i często myślę, że O! muszę o tym napisać, bo to fajne... a potem czas ucieka i na koniec powstają takie notatki-kobyły, jak ta właśnie.
Piszesz? Nie piszesz - to daj coś do dzioba
W czerwcu trawa zarastała w takim tempie, że rano było już zupełnie inaczej niż wieczorem dnia poprzedniego. Nie wyrabialiśmy z koszeniem....Przy czym nie mówię o sianokosach, tylko utrzymaniu tego hektarka "koło domu". Kosimy kosą ręczną i kosiarką spalinową. Kosiarzem ręcznym jest K. - ładnie mu to już wychodzi i równiutko. Kosi kosą tam, gdzie nie daje rady wjechać spalinówka, czyli na większości terenu.. Jedynym problemem jest czas. Trawa rośnie szybciej, niż udaje się kosić.
Spalinówką jeżdżę sobie po trawniczkach, tam gdzie równiej - ale też nie jest tego mało. Nie przypilnowałam kawałka i już tam nie wjadę, bo trawy za dużo. Urosła znienacka...
Sad wyglądał pięknie tej wiosny
Sianokosy toczyły się swoim torem i odbywały na raty. Prawda jest taka, że jeszcze rok temu były prawdziwym wydarzeniem i daniem głównym, a teraz dzieją się gdzieś pomiędzy innymi sprawami, których ciągle przybywa i rozrastają się jak ta trawa po deszczu. Pogoda bywała u nas nieprzewidywalna. No bo żeby przyszła nagła burzowa i zlała skostkowane siano??? Zwieźliśmy je i dosuszaliśmy na specjalnej konstrukcji. Zakrywając foliami na noc i przed ewentualnym deszczem. Było z tym sporo zachodu, bo trzeba było przekładać, odwracać itd., ale kila upalnych dni załatwiło sprawę. Zmarnowało się trochę z tych, które były luzem rozłożone w stodole. Zaczęły gnić w środku i trzeba było wyrzucić. Dobrze, że to tylko część. Przy sianokosach ustalił się już zwyczaj pomocowy z Sąsiadami dolnymi, że my im pomagamy przy zwożeniu i rozładowywaniu, zaś oni nam. Praca się wyrównuje, my dopłacamy za paliwo do traktora.

Jabłonie pięknie kwitły wiosną - teraz kuszą już obietnicą zbiorów obfitych. Przymierzamy się w tym roku do tłoczenia soków w ilości "na zimę" dla siebie i znajomych. Prasę do tłoczenia mamy. Problemem zawsze było odpowiednie przygotowanie pulpy jabłkowej do tłoczenia. Maszynka do mięsa przy takich ilościach trochę nas osłabiała. Liczne próby i dywagacje doprowadziły nas w końcu do rozdrabniarki do gałęzi. Robi swoje jak należy. Pomalowana już emalią do zbiorników na spożywkę czeka na dojrzałe jabłka.
Na brzegu sadu stanęły ule. Odkąd jesteśmy na wsi, K. odgrażał się, że będzie się zajmował pszczelarstwem. W końcu jeden nasz znajomy podarował K. trzy ule - przypadek sprawił, że słomiane:)
Mieliśmy do nich zakupić pszczele odkłady, ale pewnego dnia zadzwonił sąsiad, że: kur.....a, kur....a, pszczoły mu się roją! I tak jednego dnia dostaliśmy jedną rójkę, a następnego drugą. Było przy tym trochę przygód - pszczoły w nastroju rojowym - postanowiły osiąść na naszej najwyższej jabłoni, następnego dnia próbowały w kilku innych miejscach - koniec końców mieszkają już w ulach i pracują dzielnie. Otwiera się przed nami kolejny fascynujący świat. Naprawdę fascynujący i wciągający świat zbiorowej inteligencji. Przy tej okazji polecam dla początkujących pszczelarzy, szczególnie, którzy mają dzieci książkę Piotra Sochy "Pszczoły". K. trafił też na ciekawy film dokumentalny z pięknymi zdjęciami: More than honey. Do znalezienia z polskimi napisami w odmętach internetu.



Dzieciaki owcze i kozie rosną. Od jakiegoś czasu udaje się już doić mleko kozie, więc i produkcja serków ruszyła. Z dwóch kóz, które nie są mistrzyniami mleczności faktycznie wychodzą serki, a nie sery. Ale dzielnie próbuję eksperymentować z serami podpuszczkowymi - wychodzą w różnym typie i całkiem smaczne. Ciągle jednak w większości są wynikiem przypadku. Kiedy uda mi się kilka razy pod rząd uzyskać ser taki jak zamierzałam przystępując do warzenia, będę mogła mówić o umiejętności:)

Owce wystrzyżone. Tym razem udało się już w maju przygotować je na sezon letni. Akcja rozłożona na trzy dni. Maszynka elektryczna, którą mamy drugi sezon - i nie była najtańsza - rozpadła nam się w rękach. Ostatnie kilka sztuk strzygliśmy nożyczkami. Zwykłymi. Owce się przy tym mniej stresowały i wynik jest taki, że po nożyczkach wyglądają lepiej niż po maszynce. Mają mniej zranień, a czasowo wychodzi tylko dwa razy dłużej.

Kaczka bieguska siadła na jajach. Kilka dni później pozazdrościła jej druga i też siadła. Zdezorientowany kaczor kręci się w pobliżu i stara się chronić swoje dziewczęta przed wszystkimi - głównie przed kurami. Dochodzi do karczemnych awantur. Po jednej z takich bójek brązowa kurka również wycofała się w spokój i ciszę gniazda z jajami. A kilka dni później następna.Zobaczymy, co tu się będzie działo za kilka tygodni...
UPDATE:
Pisklaki spod jednej kury już się wykluły, druga siedziała na niezapłodnionych jajach, gdyż w międzyczasie umarł mi Feluś - kogut nad kogutami. Jednego dnia było dobrze, a następnego przesiedział już skulony i nie chciał nic jeść, ani pić i rano się już nie obudził. Okazało się, że te kilka dni jego nieobecności wystarczyło, żeby z jaj nic nie wyszło. Nie wiedziałam tego. Zakupiłam dwa młode kogutki, z których docelowo chcemy zostawić sobie jednego. No i dostałam całkiem niedawno dziesięć kurek, pięknych trzylatek. Są u mnie od ponad trzech tygodni. Zawładnęły kurnikiem od pierwszej chwili. Jeśli znoszą jaja, to jeszcze nie odkryłam gdzie.
Bieguski z 11 jaj wysiedziały jedną kaczusię, którą się nie zajmowały i została zadziobana przez poniższą kwokę. Taki mam domysł, gdyż raz przyłapałam ją na ataku. Interweniowałam i miałam naiwnie nadzieję, że to jednorazowa akcja. Tutejsze gospodynie radzą, żeby jednak kacze jaja podkładać kwokom.
Nigdy nie wyjdę z podziwu, że kilkanaście młodych zbójców jest w stanie zmieścić się pod taką kwoczką.
Ogrodem zajmowałam się mniej więcej do połowy maja. Teraz z braku czasu po prostu rośnie. Przechodząc wyrywam zawsze jakieś większe chwasty, ale elegancko nie jest - nie ma co ściemniać.



Tam, gdzie ściółka grubszą warstwą, kury rozgrzebywały mi mocno młode siewki i sadzonki. Teraz, kiedy wszystko podrosło już dały spokój. Wkurzam się na nie i cały czas się zastanawiam, co lepiej grodzić, ogród czy kury i nie mogę się zdecydować. Na razie sytuacja puszczona luzem i z bólem, ale godzę się na poniesione straty. Pocieszeniem jest, że widocznie toczy się tam bujne życie, skoro tak chętnie grzebią.

Pierwsze moje truskawy! Były pyszne. Reszta poszła na przetwory.
Tak czy inaczej zbiory jakieś już są. I to takie przyjemne ciągle, że można sobie wyskoczyć do ogrodu i ciachnąć coś z niego na obiad.
Samosiejka nagietka i rukoli. W tle dynie na kupie skoszonej trawy ubiegłorocznej, przywalonej obornikiem, przykrytej jeszcze słomą i przyprószonej ziemią.
Wczoraj K. wysłany po koperek wrócił i obwieścił, że mamy tam cały supermarket! (Lubię Go za ten dziecięcy entuzjazm:)) Prawdą też jest, że dawno nie odwiedzał warzywnika, bo jesteśmy w trakcie kolejnej budowlanki. Tym razem stajenka ma stanąć na miejscu dawnego tzw. garażu. 
Żeby rozebrać "garaż", musieliśmy dobudować w stodole antresolę - no bo co zrobić z nie-wiadomo-kiedy-potrzebnym złomem z garażu? Segregowanie złomu na "do wyrzucenia" i  "na pewno się przyda", przenoszenie go, potem rozbiórka, oczyszczanie pięknych starych desek i belek z pordzewiałych gwoździ - trwało to wszystko kilka dni. Garaż rozebrany, wykopki zrobione, woda podciągnięta, wylewki zrobione. No i ruszyliśmy. Chcemy odwzorować styl pozostałej części stodoły, czyli filary z betonowych pustaków z drewnianym wypełnieniem.

No to działamy!
Łaskawej pogody dla Wszystkich działających, jak i oddających się zasłużonemu wypoczynkowi.

Aha, donoszę, że marzenia się spełniają! 
W czerwcu obchodziłam urodziny, a to urodzinowy prezent dla mnie.
Przedstawiam Hopkę:
Imię Hopka jest kombinacją angielskiego hope i hopsasania, bo nasza cielisia bardzo lubi sobie poskakać:)
Hopka jest ulubienicą wszystkich, garnie się do przytulania strasznie. W końcu jest dzieckiem. Chodzi za nami (niestety, głównie za K.) jak pies. Mieszka z kozami, no w osobnym boksie, ale się widzą - gadają jakoś ze sobą. Pastwisko jednak dzielą również z owcami. Obserwuję, jak Hopka próbuje naśladować zachowania jednych i drugich. Na razie nie może się zdecydować czy jest kozą czy owcą, a może i kozłem... Ma czas na dorosłość i na odkrycie swojej prawdziwej tożsamości.
No to pa!

4 czerwca 2016

Notatka o przywiązaniu do rzeczy

Jakby nie spojrzeć, rzecz niby naganna. Nie powinno się... Na ogół stosunek do rzeczy mam zdroworozsądkowy. Są jednak wyjątki. Pierwszym są książki. Wykazuję tu pewien rodzaj chciwości oraz absolutną niechęć ich pozbywania się.
Drugim, uwaga.... samochody.
Swoją przygodę z samochodami zaczynałam jeszcze w czasach miejskich jako jeden z pięciu współwłaścicieli VW T2 - Ogóra. Służył naszej paczce głównie do bujanek w góry, na skałki i inne takie, potem przeszedł jakoś łagodnie pod naszą kuratelę. K. jeździł nim w Alpy oraz w nim mieszkał przez dwa zimowe sezony. Ogór zagrał nawet w filmie.
Fot.: prawdopodobnie D.Z lub T.W.
Kiedy wiadomo było, że jest już nieuleczalnie chory, zamiast oddać go na żyletki, zabraliśmy go w ostatnią podróż. Cała droga z Ogórem była podporządkowana jego choremu sercu - silnikowi. Dzięki temu nauczyłam się w paru językach jak jest silnik, śruba i spawacz. A dzięki licznym naprawom po drodze, przeżyliśmy rzeczy, które chyba normalnie się nie zdarzają i poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi - z niektórymi mamy kontakt do dziś.
Pod Araratem. Ostatnie zdjęcie.
Całkowicie padł prawie dwa tysiące kilometrów dalej, nieopodal Meszhedu. Można powiedzieć, że umarł we śnie - był coraz słabszy, ale dojechał na miejsce nocnego postoju i rano już nie ruszył. Definitywnie. Było to trudne rozstanie, choć wiele rzeczy z niego udało się przekazać lokalnemu właścicielowi podobnego samochodu, więc może gdzieś jeszcze jakaś jego cząstka jeździ po świecie.

Potem był krótki romans z Ładą Nivą - nieodwzajemnione uczucia...

Natomiast moim pierwszym samochodem, którym zaczęłam jeździć po zrobieniu prawka (tak, tak - było to nie tak dawno temu), był nasz Kanciak - młodszy brat Ogóra.
Kanciak przeszedł ze mną dużo, miał tony cierpliwości, przeżył kilka stłuczek, ale nigdy mnie nie zawiódł! Wiedziałam, że jak wsiądę, to dojadę. Oczywiście, że się psuł (rocznik '83) - ale mniej więcej wiedziałam czego się spodziewać, gdzie w razie czego walnąć młotkiem - nieocenione stare samochody i stare dieslowskie silniki! Był z nami w kilku podróżach bliższych i dalszych. Przede wszystkim sprawdzał się świetnie podczas szukania naszej ziemi. Wyjeżdżaliśmy na kilkudniowe wypady w interesujące nas miejsca. Ponieważ można w nim było spać i gotować, zatrzymywaliśmy się gdziekolwiek. W lesie, w polach, na polankach, przy opuszczonych domach. 
Oddał nam nieocenione przysługi w przeprowadzkach dwóch. Pojechał z nami do Turcji, przeżył tam kilka miesięcy, po czym wrócił kierowany tylko przeze mnie (to a propos tego, że samochody się psują w rękach bab). 
Przewoził już różne rzeczy samodzielnie i w przyczepkach. Zwierzęta, materiały budowlane, kostki słomy. Woził małą M. do przedszkola (czym wzbudzała prawdziwą zazdrość męskiej części grupy) i mnie na zakupy. 
Dwa tygodnie temu pożegnaliśmy się z Kanciakiem, przekazując kluczyki nowemu właścicielowi. Decyzja klarowała się od ponad roku. Nie mieliśmy dla niego garażu, zaczęły się problemy z blachą - a nam, w naszym gospodarskim życiu, pojawiło się dużo innych priorytetów, niż zajmowanie się samochodem i wkładanie w niego pieniędzy. Szkoda, żeby się u nas marnował. Dostał się w dobre ręce, które, mam nadzieję, zajmą się nim odpowiednio. 

Dla mnie to jeszcze jedna cecha wiejskiego życia, gdzie decyzje trzeba podejmować czasem wbrew sentymentom i przywiązaniu. Jest bardziej surowe to życie - jakkolwiek by rozumieć słowo surowe.

28 kwietnia 2016

Notatka na dwa latka


Mijają właśnie dwa lata, od kiedy na stałe zamieszkaliśmy tutaj. 


Niedawno Brat zapytał mnie o podsumowanie tego czasu, o rozbieżności pomiędzy wyobrażeniami a rzeczywistością i ogólne odczucia co do życia, które sobie wymarzyliśmy, początkowo w teorii.
Dla przypomnienia, wcześniej spędziliśmy kilka lat na wsi, ale na wynajmowanym kawałku ziemi z domem. Bez żadnych hodowli, jedynie z małym ogródkiem eksperymentalnym. Mimo poczucia tymczasowości był to czas nie do przecenienia. To wtedy zaczęliśmy przesiąkać ideą życia na wsi na stałe. Wtedy mieliśmy czas odkrywać, głównie internetowo, różne rodzaje ekologicznych upraw i budownictwa. Był to również początek nauki, żeby nie powiedzieć nowy fakultet, życia sąsiedzkiego, praw, którymi rządzą się małe społeczności, znaczenia barteru i innych przydatnych umiejętności oraz wiedzy o życiu, których się nie ma żyjąc w mieście.
No i w dużym stopniu był to również czas poszukiwania "naszej" ziemi.
Odkąd jesteśmy tutaj udało się zrobić parę rzeczy, a przy okazji popełnić trochę błędów. Może ubiorę to w jakieś punkty, będzie mi to łatwiej opisać.
Po raz pierwszy czynny udział przy powstawaniu notatki brał K. Trochę mnie korygował (technicznie), trochę dodawał od siebie. Ciekawe, czy te Jego fragmenty będą rozpoznawalne:)

1. Sprawy mieszkaniowo-bytowe

Kupiliśmy gospodarstwo ze starym domem i stodołą. Stodoła nowsza (początek lat 70.) z domurowaną obórką. Dom drewniany w złym stanie, mocno spróchniały, bez wody, łazienki - za to z gazem i wspaniałą ceglaną piwniczką pod kuchnia. Wedle moich mojej opinii nie nadawał się do zamieszkania, ale w końcu w nim zamieszkaliśmy. Jak to się stało opisałam TUTAJ. Pierwszego lata podjęliśmy się budowania kopuły ze słomy i gliny. Udało się, nie bez problemów (historia budowy jest opisana w "notatkach budowlanych"). Mieszkamy w niej teraz. Budulec słomiano-gliniany ma potencjał, natomiast nie sprawdza się w przypadku naszej kopuły, bez względu na to jakim tynkiem byłby pokryty i jakim preparatem zabezpieczony, gdyż nie da 100% pewności co do wodoszczelności (mikropęknięcia na pracującej na wietrze kopule) i wystarczającej dla słomy oddychalności, co zapewnia tylko glina. W tym roku będziemy robić dach, którego miało nie być i dlatego miało być fajnie i tanio. A dach na kopule nie jest prostą sprawą, więc będzie niezbyt fajnie i drogo. Poza tym w kopule mieszka się bardzo przyjemnie i ciepło, choć góra czasem zamienia się w saunę nie do życia – nie bez kozery w kopulach zawsze powinno przewidywać się (nie przewidzieliśmy!) możliwość dodatkowego wietrzenia na piętrze, bo tam właśnie ulatuje cale ciepło, a co dopiero w słombalu!. Okrągłe kształty, oprócz uciążliwości przy ustawianiu mebli, dają jakąś pozytywną atmosferę. Z obecnym doświadczeniem, nawet gdybyśmy zostali przy okrągłym kształcie, to założenia byłyby już inne. Przede wszystkim nie kopula tylko dom ze zwykłym dachem na krokwiach, normalne betonowe, choć punktowo osadzone fundamenty, a nie worki z piaskiem, a na zewnątrz gliniany lub gliniano-wapienny tynk, a bez dodatku cementu, ukryty pod wypuszczonym dachem.  
Przy okazji budowy kopuły, zrobiliśmy też oczyszczalnię korzeniową, w którą wpięty jest na razie system kanalizacyjny z kopułki, a w przyszłości będzie również obsługiwała Dom. Od jesieni ubiegłego roku mamy w kopule normalny system wodno-kanalizacyjny z podkową w piecu jako systemem ogrzewającym wodę zimą. I od tego czasu nasze zużycie wody jest na poziomie normalnego gospodarstwa domowego, oczyszczalnia też zaczęła działać w miarę poprawnie. Wcześniej, kiedy była pompowana jedynie zimna woda, a ciepłą trzeba było grzać na piecu w garach, zużycie było dużo mniejsze i dla oczyszczalni naszej wielkości nieco za małe. Przy takiej oczyszczalni trzeba brać pod uwagę realne zużycie wody, a my budowaliśmy przyszłościowo z wizją wpięcia do niej drugiego domu.
Gdyż to stary domek drewniany ma być Domem docelowym. Być może uda się częściowo go uratować, a resztę dobudować. Na razie nie mamy kasy i mocy przerobowych na rozpoczęcie prac przy Domu, gdyż w tym roku muszą powstać domy dla zwierząt. Obecnie są poupychane gdzie się da. Co też ma swoją zaletę, bo poznaliśmy już różną naturę tych naszych stworzeń i teraz już wiemy jak dopasować do nich te domostwa , np. że kozy muszą mieć dosyć pancerne boksy, z przemyślnym zamykaniem. Zwykłe haczyki tylko je rozśmieszają:)
Od ponad miesiąca działa też u nas system fotowoltaiczny. Nasza gmina dostała preferencyjne dofinansowanie na poziomie 90% kosztów inwestycji (czyli 82% po uwzględnieniu podatku;). Jesienią zostały zamontowane panele, a wiosną nastąpiło podpięcie całej instalacji. W tym momencie jest to etap rozruchowy. Możemy obserwować ile zużywamy prądu, ile produkujemy, a ile pobieramy od elektrowni. Wygląda na to, że przy takim ogromnym poziomie dofinansowania jest to jeszcze w miarę opłacalne i pozwoli zaoszczędzić ok. 50% kosztów energii elektrycznej, natomiast pewność będziemy mieli po pierwszych rachunkach, gdyż umowa jest tak skomplikowana i wewnętrznie sprzeczna, że aż tajemnicza – widać temat nowy dla wszystkich, prawo nie dostosowane, a EU ciśnie i kasę daje, wiec naiwnie byłoby odmówić. Zysk pozostaje u producenta paneli i osprzętu, u firmy montującej, my zaś jesteśmy beneficjentem i zasłoną dymną jednocześnie, a stratnymi reszta europejskich podatników, którzy na dofinansowany panel się nie załapali. Ekologia? Cóż, chyba nie aż taka jak „kobyłą do lasu po suche patyki”, jak mawia sąsiad.     
Drugiego lata wyschła nam studnia. Mieliśmy już za sobą dwa nieudane wykopy z nadzieją na wodę pod własnym ciśnieniem oraz próbę pogłębienia istniejącej studni, w końcu zdecydowaliśmy się na wiercenie studni głębinowej. Na razie hula bez zastrzeżeń.

Przy okazji spraw budowlanych jeszcze raz ukłonię się w stronę różnych darczyńców, dzięki którym otrzymaliśmy wiele używanych sprzętów: okna, drzwi, schody, zlewy, umywalki, szafy, stoły, częściowo również AGD - wszystko jest już w używaniu lub czeka na swoją chwilę. Jak również tym wszystkim, którzy na różnych etapach pomagali nam w budowlance. Było nam dużo łatwiej i fizycznie, ale chyba przede wszystkim psychicznie - dzięki.

2. Hodowle

To jest bardzo przyjemny temat. Zwierzęta przynoszą ogromną radość, ukojenie, nadają fajny rytm dnia. Rutyna? Być może, ale taka pozytywna. Nie dają szansy na gnuśność, ani osiadanie na laurach. Nieustannie trzeba się przy nich uczyć, być czujnym.
Pierwsze w gospodarstwie pojawiły się kurczęta. Moja Przyjaciółka, Jola przyjechała w odwiedziny do nas z rodziną oraz pudełkiem małych kilkudniowych kuleczek, które wysiedziała dla nas jej kwoczka. Kilka z tych kurek jest u nas nadal, jedna w ubiegłym roku również została matką:) Wiele się zmarnowało, bo lisy, jastrzębie, kuny, psy itd. Kury mają nieograniczony wybieg, co ma swoje liczne zalety, ale też ww. wady.

Następnie z odległej Doliny Baryczy przywieźliśmy owce. Piękne, wspaniałe Wrzosówki rogate, z którymi zechciała się rozstać Rogata Owca. Tak naprawdę owiec początkowo nie było w planie, ich idea pojawiła się na bazie lekkiego wkurzenia. Musieliśmy latem skosić ponad hektarową łąkę za domem. Próbowałam znaleźć chętnych na siano z tej łąki, ale się nie udało. Siano dobre, różnorodne, szkoda, żeby się marnowało, a sama łączka też idealna na pastwisko. Od jakiegoś czasu podczytywałam już bloga Rogatej, no a nie sposób nie ulec magii Jej opisów tych stworzeń:) Pierwszy rok hodowli owiec, to były tylko przyjemności. Obserwacja ich zwyczajów, uczenia się. Pierwsze wiosenne wykoty bezproblemowe. Karmienie, pielęgnacja - sama radość! No może strzyża była nieco męcząca, ale pierwsze koty za płoty, ostatecznie się udała. Na fali takich "sukcesów" dokupiliśmy jeszcze kilka sztuk. Obecnie nasze stadko to 12 dorosłych owiec plus tryk Bazyl, ojciec tegorocznej młodzieży i dzieciaków. Wykoty zaczęły się w tym roku pod koniec stycznia i trwają do dziś, czekamy jeszcze na trzy owce. Tym razem nie obyło się jednak bez problemów. Doświadczyłam śmierci maluchów, które urodziły się z mnogiej ciąży i były zbyt słabe, żeby dalej żyć, odrzucenia zdrowej owieczki przez matkę pierwiastkę (malutka jest na butelce, daje nam kupę radości, jest atrakcją dla wszelkich odwiedzających, bo przybiega na wołanie i jest strasznie towarzyska, no i chodzi z nami i psami na spacery - ładnie trzyma się nogi:)) Zdarzyły nam się również trzy porwania jednodniowych jagniąt, które znikały bez śladu. Podejrzewane na początku lisy i jastrzębie okazały się niewinne, gdyż sprawcą złapanym na gorącym uczynku okazał się nasz własny pies, Stasinek. Ukochany pies, który był aniołem dla wszelkich istot żywych. Do tej pory przyjaźni się z naszą kotką, nigdy nie próbował polować na kury, koty, kaczki owce, ani kozy. Nawet saren, zajęcy i bażantów nie goni. Trudno domyśleć się jaka klapka w mózgu mu się uruchomiła na zapach świeżo narodzonych jagniąt, ale jednak... Porywał, uśmiercał i zakopywał przy pobliskim opuszczonym gospodarstwie.

Ubiegłego lata zakupiliśmy też dwie kozy i kozła karpackiego. Kozioł rasowy z papierami, a kozy białe, jedna w typie karpackiej, druga po prostu biała. Chcieliśmy pójść w kierunku hodowli kóz karpackich, bo pasowały do naszych owiec. Stara rasa, odporna na warunki i choroby, jakby stworzona, żeby żyć na pogórzach. W tym momencie po wielu rozmowach z różnymi hodowcami (z których każdy swój ogonek chwali), wychodzi z międzywierszy, że z kozami, podobnie jak z psami - najlepsze są mieszańce. Gdyby ktoś chciał dorzucić tu swoje doświadczenie, będę wdzięczna. Kiedy kupowaliśmy kozy, były już wykocone i dawały mleko. Trzeba było z dnia na dzień nauczyć się doić. Przy pierwszej kozie, była właścicielka pokazała mi na łące jak się doi, spróbowałam kilku pociągnięć i jakoś poszło. Szczęśliwie pierwsza koza, to ocean spokoju, stała cierpliwie i wybaczała wszystkie błędy. Druga ma już zupełnie inną naturę i zupełnie inne wymionka, początkowo trzeba ją było doić w dwie osoby. Kozule w tym roku urodziły własne maluchy, mleka jeszcze niewiele, ale rano udaje się już coś zdoić. Posiadanie własnego mleka koziego i eksperymenty z serkami, zaostrzyły nasze apetyty i chcemy więcej kóz!

Ostatni nowy nabytek, to kaczki biegusy. 


Ich pojawienie się jest nierozerwalnie związane z kolejnym punktem, czyli uprawami. Wiadomo, mają znacząco zmniejszyć populację ślimaków. Kaczki są dwie i kaczor. Niestety, odkąd się wprowadziły do nas, wpędzają mnie nieustannie w kompleksy. Są tak pracowite i ruchliwe, że przy nich wypadam naprawdę słabo, choć miałam o sobie niezłe zdanie:) Są też mocno terytorialne, przejęły władzę nad kurnikiem, wieczorem kaczor staje w drzwiach i nie wpuszcza kur do środka. Która cwana i przeleci mu nad głową, to jej szczęście. Teraz kury już się nauczyły, że miejsca na grzędzie trzeba zajmować wcześniej, kiedy kaczki są jeszcze w robocie, a pracują do zmierzchu. Niosą też jajka, dużo jajek, to znaczy codziennie. Co do ślimaków, nie mogę na razie potwierdzić ich skuteczności, bo ciągle zimno i potwory jeszcze nie wylazły. Pojedyncze, które znajdywałam, kaczki pożerały ze smakiem.
Dodatkową zaletą zwierząt są duże ilości obornika. Własnego, ekologicznego czarnego złota, które z roku na rok wzbogaca naszą ziemię. Inna sprawa ile się trzeba przy nim namachać widłami. 

Z innych zwierzątek mamy jeszcze dwa psy i cztery koty. Psy duże, ale pełnią funkcję raczej ozdobną (no, jeszcze ta wartość dodana w postaci towarzystwa do "pogadania", spacerków, miziania, przytulania itd:)). Koty dwa bardziej domowe, dwa zewnętrzne - te przynajmniej pracują na swoje utrzymanie. Chyba, że zimno i deszczowo. Wpuszczone do domu całą czwórką wylegują się na antresoli, gdzie najcieplej i zawsze znajdą rozbebeszone łóżko.
To oczywiście koty zewnętrzne. Brat z siostrą.
Resztę zwierząt nie wiem jak traktować, bo niby żywi się na naszym, ale jednak to dziczyzna. Do nich zalicza się parka kuropatwiano-bażantowa, stadko sarenek oraz sójki w dużej ilości. To ci stali bywalcy, reszta różnorodności pojawia się bardziej sporadycznie i nie mam pewności, że to ci sami.

3. Uprawy

Tutaj sytuacja nie wygląda dobrze. Od samego początku błędy! Pierwszym i największym było przeoranie zbyt dużego kawałka ziemi, przeznaczonego na uprawy. Mimo przestróg Gorzkiej Jagody, która na własnym ugorze przechodziła to samo, zrobiłam to i ja. Przeorałam. Nie sposób dwoma rękami, a nawet czterema, zagospodarować szybko takiego kawałka, chyba że chce się prowadzić klasyczne monokultury – tu wiorstę ziemniaka, tam sotnię buraka. A że my chcemy małe, symbiotyczne uprawy poprzetykane krzaczkami i drzewkami - zaczęło zarastać.... Udało się wyznaczyć jedynie małe grządki, część obsiać gryką, a reszta porosła. O ile w pierwszym roku różnorodność zarastania była duża (m.in. znaczny udział krwawnika), to drugiego roku już tylko perz. Co gorsza, na kopkach przeoranej ziemi porobiły się góry i góreczki, co znacznie utrudnia koszenie i trzeba marnować kilka razy więcej energii. Teraz powoli robimy to, co trzeba było robić od początku. Sukcesywnie poszerzamy obszar upraw stosując metodę: kartony, obornik, ściółka. Mniej więcej po pół roku można zacząć taki kawałek uprawiać. Od ubiegłego roku i tak jest lepiej, bo zrobiliśmy dodatkowo prymitywny inspekt i tunel foliowy, jest miejsce na nowalijki, rozsady, a potem pomidory. Wyznaczam i obsiewam grządki, które stopniowo się powiększają. 
Część już obsiana, część w przygotowaniu, część zaściółkowana
Prawie cały rzut na ogród

W ubiegłym roku próbowałam również uprawy w kostkach słomianych i na wałach. Jednakże tamten rok był u nas wyjątkowo ślimakowy, a zarówno kostki, jak i wały były idealnym środowiskiem dla tych żyjątek, więc uprawy zostały pożarte. Gdzie się dało musiałam ściągnąć również ściółkę, gdyż i ona przyciągała ślimaki. Przy okazji dowiedziałam się, że rośliny teoretycznie odstraszające ślimaki, zostały spałaszowane przez nie ze smakiem. Fakt, w ostatniej kolejności, ale jednak. Wszelkie ekosposoby, jak trociny, skorupki z jajek, ściółkowanie paprocią i in., były traktowane przez ww. jako drobna niedogodność, po której jednak przechodziły taranem.
Jakiś czas temu powstało kilkuarowe poletko doświadczalne, przeorane konikiem i obsiane mieszanką nawozów zielonych. Zobaczymy, czy i na ile poradzą sobie one z perzem i jak to będzie wyglądać jesienią. Z pewnością będę zdawać relację.
Dosadziliśmy także dobrze ponad setkę drzew i krzewów owocowych i miododajnych.
A! Przypomniałam sobie, że była jedna zaleta początkowego zaorania pola, zaskakująco - miała ona wymiar społeczny. Uznano lokalnie, że będziemy tu mieszkać "na poważnie". Nie przyczepiono nam więc łatki letników, bądź KRUSowców.

4. Sad i las. Wspaniały temat
Sad pełen starych jabłoni, grusz i śliw. Jabłka obradzają co dwa lata, za to z takim smakiem i siłą, że co kilka minut uderza w ziemie bajeczny owoc – podnosimy na dwa gryzy biegając pomiędzy zajęciami i upewniamy się za każdym razem, że jabłko to najdoskonalszy owoc świata, przewyższający mango czy inne papaje. A grusza, ta stara przed domem – tego smaku opisać nie sposób, tylko cholerne szerszenie dopadają wiele dorodnych sztuk jeszcze na drzewie. Latem wyciskamy na ręcznej prasie soki, nasze kolejne złoto. No i wreszcie śliwki, konfitury, naleweczki, no i beczki na bimberek nastawione!
Las (w naszym przypadku to gąszcz samosiejki) dał nam już opał, ogrodzenie pastwiska, przepierzenia dla zwierząt, rusztowania przy budowie kopuły, konstrukcję ganku i radość, wiele radości z pracy. Zima, mróz, para z ust, psy, piersiówka i piła – dzień doskonały.
  
5. Wrażenia i odczucia

Mieszkamy w naprawdę fajnym miejscu. Udało nam się też trafić na bardzo przyjazną społeczność. Pewnie plotkują jak wszędzie, być może trochę się wyśmiewają z naszych dziwactw, jednakże nigdy nie spotkaliśmy się z jakimikolwiek oznakami zawiści, nieuprzejmości czy chamstwa. Wręcz przeciwnie, ciągle jesteśmy czymś obdarowywani, w wielu przypadkach doświadczyliśmy tzw. pomocy sąsiedzkiej, nawet kilka usług, za które normalnie bierze się pieniądze zostały wykonane za free, za flaszkę, bądź na zasadzie, zapłacisz, jak będzie następna okazja.
Nie było jeszcze dnia, w którym żałowałabym, że tutaj jestem. Oczywiście, zdarza mi się psioczyć: na wiatry, które urywają głowę, na ciężką glinę w ogrodzie, na uparte kozy, na Bazyla, od którego co jakiś czas dostaję w dupę, chyba dla przypomnienia, kto tu jest szefem stada oraz bardzo często na własną głupotę. Ale to niczego nie zmienia, bo za chwilę i tak znajduje się przeciwwaga i mój stan upojenia trwa.
Z pewnością jest więcej pracy, niż się spodziewałam. Może nawet nie więcej, ale zwykle są to prace dłuższe niż zaplanowana godzinka czy dwie. A zaczętą pracę trzeba skończyć. Trzeba nauczyć się planować, a tutaj przede wszystkim uwzględniać pogodę i rytm, który wyznacza sama natura. Życie nie dzieli się na 5 dni roboczych i weekend, a lato nie jest czasem wakacji czy urlopu. 
Trzeba psychicznie przygotować się na porażki, bo "sukces" bardzo często nie zależy od nas samych, ale w dużej mierze jest uzależniony np. od pogody.
Wiele nauki jeszcze przed nami, bo i planów na przyszłość trochę jest. A każde przedsięwzięcie to naprawdę spora dawka wiedzy (również tej o sobie samym). Tak więc, przygoda trwa.
Gumno