przy-ziemne

przy-ziemne

30 maja 2017

Notatka od-ZWIERZĘCA

Dzisiaj oddaję cały wpis naszym zwierzakom. Niektórzy przedstawiciele swoich gatunków dali nam możliwość pokazania, jacy są piękni.

Podczas codziennych obowiązków okołozwierzęcych dużo do nich gadam, czasem nakrzyczę, przytulam się, miziam, czochram, wyczesuję, robię przeglądy futer, piór, odnóży itd.

Ale bardzo rzadko zdarza mi się tak po prostu je podziwiać.
Oto wybrańcy:

Piorun
Feliks
Gołąbka
Junior
Różyczka
Magda
Vanilia
Staś
Saba
Biegus
Biegunka
Pepita (imię zapożyczone od niegdysiejszej kury Tupai:))
Wacław
Barwinka
Hidegarda
Jastrząbka
Jastrząbka 2 x

Do studia fotograficznego w stodole nie dała się wprowadzić Hopka - nasza jałówka-jerseyka, która jest totalnym przeciwieństwem stereotypu spokojnej, łagodnej, melancholijnie przeżuwającej krowy.

I o dziwo, choć wydawało się, że koty będą najłatwiejszymi modelami - odmówiły pozowania. Pokażę je przy innej okazji, w innym anturażu.

Za zdjęcia i zorganizowanie studia fotograficznego dziękuję d.z.

12 maja 2017

Wełniana zima

Pogoda taka, że chyba nie będzie nadużyciem wrócić na chwilę do zimowego czasu "spokoju i odpoczynku". Zwłaszcza, że to, co zaczęło się się tej zimy ma swój dalszy ciąg.
Wiadomo, że dla rolnika zimowy okres jest przeznaczony na aktywności zupełnie inne, niż prace polowe. Dawniej darło się pierze, wyplatało kosze, łuskało fasolę - wszystko, co można było robić w ciepłej chałupie siedząc przy piecu.
Tej zimy postanowiłam nauczyć się przerabiać wełnę, którą mamy z naszych owieczek. Pierwsze dwie strzyże przeznaczone były na ocieplenie stajni dla zwierząt. Trochę z tego uszczknęłam, dodatkowo dostałam jeszcze dwa worki wełny od sąsiada, który ma owieczki w typie merynosa polskiego i zaczęłam nową przygodę.
Naoglądałam się filmów na YT, stwierdziłam, że to nie może być bardzo skomplikowane i kupiłam używany kołowrotek za stówę. Strasznie mi nie szło. Podjechałam do lokalnej pani, która przędła dawno temu, ale ona używała innego typu kołowrotka i nie wnikała nigdy w zasady działania - nie bardzo potrafiła mi pomóc. Pomęczyłam prządki przez internet - powiedziały, że mam kołowrotek do niczego, ale udzieliły kilku wskazówek, pomęczyłam Izydora z Sewilli - powiedziała, że na każdym da się prząść. W końcu, po kilku sugestiach, wiedziałam już co jest nie tak i koło poszło w ruch. Nie spodziewałam się, że rytmiczne poruszanie nogą, cichy turkot sprzętu i dziubdzianie wełny w palcach może sprawiać taką przyjemność - jest to jakaś forma transu - takiego pozytywnego. A owocem jest nitka! Początkowo nierówna, ale dosyć szybko nabiera się wprawy. Im więcej się przędzie, tym lepiej poznaje się działanie kołowrotka, właściwości różnego rodzaju wełny. Zaczęłam od naszej - wrzosówkowej. Porównywałam jak się przędzie upraną i bezpośrednio z owieczki. Za gręple posłużyły mi na początek dwie szczotki do wyczesywania psów. Szybko okazało się to niewystarczającym narzędziem. Ale  w pobliskim większym mieście znalazłam pana, który wykonuje usługę gręplowania, więc zabrałam co miałam i wróciłam z trzema woreczkami przygotowanej wełny. Jakość przędzenia podskoczyła, nitka wychodzi równiejsza, podjęłam próby dwojenia, a nawet trojenia nitki - no i już wiem, że kołowrotek mam... słaby:) Może nie tyle słaby, co przeznaczony do innego rodzaju wełny i innych potrzeb.
Chciałam próbować dalej - przekonać się jak jeszcze można wykorzystać wełnę.  Jakoś naturalnym wydawała się nauka filcowania. Znowu YT i kolejne filmy instruktażowe. Po kilku próbach okazało się, że sama wełna wrzosówkowa filcuje się trudno. Długie twarde włosy bardzo utrudniają proces, ale jak już się uda, to z kolei nadają trwałości filcu. Można też mieszać z innymi wełnami, więc zakupiłam trochę czesanek w różnych kolorach i zaczęłam eksperymentować z filcowaniem na mokro. Jakieś nieudane próby szmatek, woreczków, torebeczek - wszystko krzywe, albo dziurawe, w nieokreślone kolorowe plamy, które w zamyśle miały być barwnym wzorem... Pierwszym produktem, który jako tako nadawał się do użytku były kapcie dla Małej M. Potem kapcie dla córeczki moich znajomych, Gosi i Eddy'ego. Wszystko jeszcze dosyć toporne i nie całkiem równe - ale uczyć na czymś się trzeba. 
I tutaj nastąpiła niespodzianka. Gosia od dłuższego czasu robi wspaniałe mydła. Wyglądają tak, że chce się je zjeść, pachną wspaniale, albo w ogóle - w zależności od przeznaczenia i składników, z których są zrobione. A robi je w dużym stopniu na bazie koziego mleka od własnych kóz, mieszanek różnych olejów i maceratów ziołowych, które sama przygotowuje. Jej mydełek używam od ponad roku i mam tylko dobre doświadczenia, dlatego nie mam problemu, żeby ją w tym miejscu, po prostu, zareklamować: zielonakoza.pl
I to właśnie Gosia opowiedziała mi, że można połączyć mydło z filcem, robiąc mydełko ubrane w filcową myjkę. Spodobała mi się taka idea. Poza tym była to inspiracja do wykonania kolejnego kroku w pomysłach na przetwarzanie wełny. No i w ogóle bardzo przyjemna to zabawa. Weszłyśmy w taką małą kooperatywę i zaczęły powstawać filcowane naturalne mydła.






A tu jeszcze inna forma obróbki wełny:
Mój sprzęcik. Niby ozdobna Cepelia...
...ale coś tam się daje ukręcić.
Pierwsze próby pojedyncze i podwójne.
Tym sobie radziłam rozczesując początkowo wełnę.
A tak wyglądała, kiedy przyjechała z gręplarni.
Przede mną praca nad doskonaleniem rzemiosł i dalsza nauka, może tkanie? Moteczków przybywa i jakoś to uprzędzone trzeba wykorzystać...

Tak sobie myślę, ile już się nauczyłam i dowiedziałam odkąd zaczęliśmy mieszkać na wsi. A odkąd prowadzimy własne gospodarstwo, przyrost wiedzy jest lawinowy:) Praca zarobkowa "od do" (jeśli nie jest spełnieniem jakiejś totalnej pasji) mocno ogranicza, głównie czasowo. Często jest jakimś wyabstrahowanym zajęciem, dla którego trudno znaleźć uzasadnienie. I to frustruje.
Praca na wsi zwykle jest podyktowana koniecznością, pogodą, porami roku, ale jej owoce mają sens, przynoszą pożytek. Nam i naszym bliskim. Masz ogródek, sad lub pola - masz zbiory, które trzeba nauczyć się przetwarzać. Masz zwierzęta - masz mleko, wełnę, mięso, które trzeba nauczyć się przetwarzać. Nawet jeśli masz zwykłą łąkę, to masz na niej zioła, które można nauczyć się przetwarzać. Możliwości są właściwie nieograniczone:)

No... to tak chciałam się podzielić myślą i pochwalić nowymi umiejętnościami, a teraz wracam do wywalania obornika, co lubię prawie tak samo jak filcowanie czy przędzenie :)

Serdeczności dla Wszystkich i chyba na miejscu byłyby życzenia trochę lepszej pogody.

27 kwietnia 2017

Notatka o dachu nad głową (i aktualizacja zwierzyńca)

Miniona zima była pierwszą, którą w sposób dosłowny spędziliśmy z dachem nad głową. Poprzednie dwie były pod folią...
Dla przypomnienia - wybudowaliśmy sobie samonośną, słomiano-glinianą kopułę. Z powodu naszej niewiedzy, naiwności, hurraoptymizmu, błędów konstrukcyjnych i innych czynników naturalnych zewnętrzny tynk pękał. Pęknięcia były różne - większe i mniejsze. Każde z nich jednak prowadziło lub mogło prowadzić do przenikania wody do wnętrza ścian - słomianych. Efekt łatwo przewidzieć. Dwa lata poszukiwań doprowadziły nas do konstatacji, że nie istnieje środek, który byłby jednocześnie: wodoodporny (deszcz i śnieg), paroprzepuszczalny (oddychanie ścian) i elastyczny (odporny na pęknięcia). Ze złośliwości tego świata dochodzi jeszcze mróz, wiatr i promienie UV.... A, no i jeszcze byłby w zasięgu naszego portfela.
Zdecydowaliśmy się na, jak się wydawało, rozwiązanie najprostsze - przykrycie kopuły dachem. Aby nie obciążać ścian, dach musiał być niezależną konstrukcją, jednak na tyle stabilną, aby wytrzymać tutejsze wichury. Schody zaczęły się, kiedy kolejni fachowcy wycofywali się z projektu, twierdząc, że: to się nie uda. Naprawdę gorąco zrobiło się w sierpniu, kiedy dogadany budowlaniec, który trochę zna się na ciesielce i miał z K. stawiać dach wespół, przestał odbierać telefon.
Na pomoc jak zwykle ruszyli przyjaciele. Dwóch facetów, dwa miesiące pracy i dach stanął. Być może byłoby szybciej, ale wrzesień i październik nie rozpieszczały pogodowo. Poza tym z racji nieregularności kopuły projekt dachu nie był najprostszy i w dużej mierze kształtował się na bieżąco.
Ani K., ani nasz Przyjaciel nie mieli pojęcia o tego typu pracy. Często zdarzały się przestoje i zastanawianie się jak to dalej ugryźć. Pomocą, głównie przez telefon służył nasz znajomy cieśla, wpadł zresztą na dwa dni dorobić mieczyki do podpór. Chwała mu za to:)
Dla mnie ten dach, to pewnego rodzaju symbol. Namacalny symbol trywialnego: jak się chce, to wszystko można.
Efekty pracy w fotorelacji poniżej:
I co dalej?
Zaciosy - prawie profesjonalne.
Początki deskowania.

Skończone i wyrównane deskowanie.
Przy kładzeniu gontu pogoda była już mocno jesienna.
Nocne wycinanie mieczyków. Dziękujemy K.
No i jest...
Profil
Prawie skończone - na ostatni metr od góry zabrakło nam materiału i czasu. Czekamy na lepszą pogodę.
A muszę powiedzieć, że to nie jedyny dach, który powstał w ubiegłym sezonie budowlanym. Dachu nad głową i całej nowej stajenki doczekały się nasze kopytne - kozy, krówka i osiołek, a właściwie już para osłów. Jedynie owce zostały na starym miejscu w stodole i muszą poczekać, aż powstanie dla nich solidna wiata. Ale zyskały za to fajny zadaszony, zaciszny zakątek przy ścianie stodoły. Kury i kaczki też ustawione w kolejce po własne m.
Stajnia jest wynikiem zbiorowej pracy ekipy stawiającej takie budynki, mojego K. z doskoku oraz naszych dwóch lokalnych znajomych, z których jeden zrobił nam drzwi z futrynami, a drugi boksy dla zwierząt wewnątrz.



Każde w swoim pokoju.  


Obecnie już w każdym kątku po dzieciątku, a czasem po dwa.
Nad zwierzętami miejsce na sianko.
 A jak już tu jestem, to jeszcze parę zdjęć zwierzyńca. Nasz osiołek Piorun doczekał się w końcu gatunkowej koleżanki. Jest sporo większa od niego, więc czy będą z tego dzieci?

Pika i Piorun.
W owczym stadzie zaczerniło się od maluchów, choć nie wszystkie węgielki...
Lamia, wypasiona przez mamusię... Jej siostra, Luna, u nas na butelce, bo owcza matka przyjęła tylko jedną córkę
Hipolita, jedna z trojaczków od Hildegardy.

W tym roku na butelce dwójka... na razie.

Różyczka zabiega o względy Bernarda.
Dla odmiany kozie maluchy wszystkie białe po tatce.

 Co ma się urodzić jeszcze, niech się rodzi zdrowo. Co ma obrodzić, niech obrodzi bujnie! Pomyślności dla Wszystkich, którzy chowają, hodują, uprawiają, jak i planują:)

14 stycznia 2017

Notatka o życiu towarzyskim

Po tak długiej przerwie nie wiadomo od czego zacząć i który temat ruszyć. Ruszę zatem towarzyski, bo czas akurat sprzyjający:)

Kiedy kilka lat temu zakupiliśmy nasze gospodarstwo na Podkarpaciu, narzekaniom ze strony Rodziny i Przyjaciół nie było końca. Że koniec świata, że wilki nas zjedzą, że Ukraina nas wchłonie, że się odcinamy, bo przecież nikt do nas nie przyjedzie. Wychodziło na to, że w biedzie i samotności zginiemy marnie zaciukani przez bandytów, w najlepszym wypadku zagryzieni przez dzikiego zwierza. Wyjątkiem byli Ci nieliczni, którzy mniej więcej znali te rejony.

Rzeczywistość jest taka, że dawno już nie prowadziłam tak bogatego i ciekawego życia towarzyskiego jak obecnie. Starzy przyjaciele i tak przyjeżdżają nie bacząc na odległość i warunki bytowe. Co roku w okolicach noworocznych, majówkowych czy wakacyjnych mamy sporo wizyt, czasem trzeba wprowadzać grafik odwiedzin. Moje Przyjaciółki wpadają w międzyczasie na pogaduchy, kiedy K. wyjeżdża i można spokojnie poddać się kobiecemu strumieniowi świadomości.
Dla mnie osobiście ważne są też blogowe znajomości. Jest w tym jakaś magia, że ktoś przypadkowo trafił na bloga, coś tam przeczytał, przyjechał z ciekawości czy innych pobudek, ale te kontakty zostały i... trwają. I są dla mnie bardzo wartościowe!
Mamy też coraz więcej nowych znajomych zarówno tych z naszej wsi (ukorzeniamy się, dajemy się poznawać, więc i normalne odwiedziny sąsiedzkie są już praktykowane), jak i całe grono osiadłych w okolicach przybyszów. Bywają takie dni, kiedy naprawdę mam wrażenie, że drzwi się nie zamykają.

Okazuje się, że Podkarpacie przyciąga niezwykle interesujących ludzi. Nie brakuje tu "przesiedleńców" z miast z ostatniej fali migracji, ale też takich z końca lat 90. Szczególnie Ci drudzy mają za sobą ciekawe historie - wrastanie w wieś, która 20 lat temu wyglądała i myślała nieco inaczej niż teraz. Są też ludzie, którzy po latach edukacji  lub edukacji i pracy w wielkich miastach (kraju i świata) wrócili do domu. Albo osiedlili się jakby na nowo. Są artyści, rzemieślnicy, terapeuci, zielarze, naukowcy, społecznicy, ideolodzy. Teoretycy i praktycy... Są spotkania grupowe i indywidualne. Nawiązują się kontakty towarzyskie, handlowe i barterowe. Wielu z nas łączą podobne doświadczenia eko-budowania, -uprawiania, -jedzenia, -przetwarzania itp. Jest z kim pogadać o filozofii  i o kompoście, o odrobaczaniu kóz i alternatywnych metodach edukacji. Mała M. uwielbia te spotkania, bo jest też trochę dzieciaków w różnym wieku, więc atrakcje jakby same się napędzają:) Znika wtedy na kilka godzin i opowiada potem swoją historię, a ja mam wrażenie, że byliśmy na dwóch różnych spotkaniach, które tylko czasami się przenikały.

Jeśli mieliśmy kiedykolwiek wątpliwości, co do życia towarzyskiego tutaj (jakościowego i ilościowego), to zostały one już wielokrotnie rozwiane.

Jest też cała masa niezwykłych ludzi żyjących tutaj z dziada pradziadza, ale do nich paradoksalnie (a może nie) trudniej dotrzeć. Trzeba głębiej grzebnąć i szukać innych ścieżek. Dobrze, że jesteśmy na miejscu i mamy czas na te odkrycia...

Życzę wspaniałych odkryć (ludzi, miejsc, uczuć, umiejętności) w Nowym Roku!




20 lipca 2016

Notatka o rutynie i zmianach

Niby rutyna i powtarzalność, ale cały czas coś się zmienia. Właściwie nie ma dwóch takich samych dni. Do zwyczajowych zajęć cały czas doskakują jakieś nieprzewidziane sprawy, które też trzeba objąć swoją uwagą, poświęcić im czas. Szczególnie, kiedy otaczają cię żywe stworzenia. Każde ma swój charakter, a czasem charakterek. Mają też pomysły, niektóre zaskakujące. Z naszych zwierząt najwięcej niespodzianek i, co tu ukrywać kłopotów, produkują kozy. Nie darmo tradycja łączy je z diabelskim pomiotem. Prawda jednak jest taka, że tak samo wkurzają, co i fascynują.
W kwietniu kwitły tarniny
W maju na prowadzenie wyszły głogi
Zajęć mamy sporo. Trzeba pilnować, żeby nie dać się zwariować. Bardzo łatwo popaść w spiralę trudu i znoju. Permanentnego zmęczenia, narzekania.  Trzeba umieć odnaleźć miejsce na radość z tego życia, które sobie wybraliśmy. Czasami dopada zwątpienie. Pojawiają się pytania o sens. Dobrze, że się pojawiają, bo można po raz kolejny przemyśleć wybory i decyzje. Zwolnić, uświadomić sobie dlaczego tu jesteśmy. Ale kiedy zwalniamy, pojawiają się podstępne wyrzuty sumienia, że tyle jeszcze do zrobienia! Złapaliśmy już inną perspektywę - jeszcze jakiś czas temu działania, które zajmowały cały dzień, teraz nazywamy obijaniem się:) Bywają takie dni, że pracując od rana do wieczora - masz poczucie obijania się. Trzeba wziąć nowy rozpęd!
Zanim wezmę - może uda mi się skończyć tę notatkę, która powstaje od ponad miesiąca. Niektóre rozpoczęte wątki już się zdążyły się przeterminować. Sporo się dzieje i często myślę, że O! muszę o tym napisać, bo to fajne... a potem czas ucieka i na koniec powstają takie notatki-kobyły, jak ta właśnie.
Piszesz? Nie piszesz - to daj coś do dzioba
W czerwcu trawa zarastała w takim tempie, że rano było już zupełnie inaczej niż wieczorem dnia poprzedniego. Nie wyrabialiśmy z koszeniem....Przy czym nie mówię o sianokosach, tylko utrzymaniu tego hektarka "koło domu". Kosimy kosą ręczną i kosiarką spalinową. Kosiarzem ręcznym jest K. - ładnie mu to już wychodzi i równiutko. Kosi kosą tam, gdzie nie daje rady wjechać spalinówka, czyli na większości terenu.. Jedynym problemem jest czas. Trawa rośnie szybciej, niż udaje się kosić.
Spalinówką jeżdżę sobie po trawniczkach, tam gdzie równiej - ale też nie jest tego mało. Nie przypilnowałam kawałka i już tam nie wjadę, bo trawy za dużo. Urosła znienacka...
Sad wyglądał pięknie tej wiosny
Sianokosy toczyły się swoim torem i odbywały na raty. Prawda jest taka, że jeszcze rok temu były prawdziwym wydarzeniem i daniem głównym, a teraz dzieją się gdzieś pomiędzy innymi sprawami, których ciągle przybywa i rozrastają się jak ta trawa po deszczu. Pogoda bywała u nas nieprzewidywalna. No bo żeby przyszła nagła burzowa i zlała skostkowane siano??? Zwieźliśmy je i dosuszaliśmy na specjalnej konstrukcji. Zakrywając foliami na noc i przed ewentualnym deszczem. Było z tym sporo zachodu, bo trzeba było przekładać, odwracać itd., ale kila upalnych dni załatwiło sprawę. Zmarnowało się trochę z tych, które były luzem rozłożone w stodole. Zaczęły gnić w środku i trzeba było wyrzucić. Dobrze, że to tylko część. Przy sianokosach ustalił się już zwyczaj pomocowy z Sąsiadami dolnymi, że my im pomagamy przy zwożeniu i rozładowywaniu, zaś oni nam. Praca się wyrównuje, my dopłacamy za paliwo do traktora.

Jabłonie pięknie kwitły wiosną - teraz kuszą już obietnicą zbiorów obfitych. Przymierzamy się w tym roku do tłoczenia soków w ilości "na zimę" dla siebie i znajomych. Prasę do tłoczenia mamy. Problemem zawsze było odpowiednie przygotowanie pulpy jabłkowej do tłoczenia. Maszynka do mięsa przy takich ilościach trochę nas osłabiała. Liczne próby i dywagacje doprowadziły nas w końcu do rozdrabniarki do gałęzi. Robi swoje jak należy. Pomalowana już emalią do zbiorników na spożywkę czeka na dojrzałe jabłka.
Na brzegu sadu stanęły ule. Odkąd jesteśmy na wsi, K. odgrażał się, że będzie się zajmował pszczelarstwem. W końcu jeden nasz znajomy podarował K. trzy ule - przypadek sprawił, że słomiane:)
Mieliśmy do nich zakupić pszczele odkłady, ale pewnego dnia zadzwonił sąsiad, że: kur.....a, kur....a, pszczoły mu się roją! I tak jednego dnia dostaliśmy jedną rójkę, a następnego drugą. Było przy tym trochę przygód - pszczoły w nastroju rojowym - postanowiły osiąść na naszej najwyższej jabłoni, następnego dnia próbowały w kilku innych miejscach - koniec końców mieszkają już w ulach i pracują dzielnie. Otwiera się przed nami kolejny fascynujący świat. Naprawdę fascynujący i wciągający świat zbiorowej inteligencji. Przy tej okazji polecam dla początkujących pszczelarzy, szczególnie, którzy mają dzieci książkę Piotra Sochy "Pszczoły". K. trafił też na ciekawy film dokumentalny z pięknymi zdjęciami: More than honey. Do znalezienia z polskimi napisami w odmętach internetu.



Dzieciaki owcze i kozie rosną. Od jakiegoś czasu udaje się już doić mleko kozie, więc i produkcja serków ruszyła. Z dwóch kóz, które nie są mistrzyniami mleczności faktycznie wychodzą serki, a nie sery. Ale dzielnie próbuję eksperymentować z serami podpuszczkowymi - wychodzą w różnym typie i całkiem smaczne. Ciągle jednak w większości są wynikiem przypadku. Kiedy uda mi się kilka razy pod rząd uzyskać ser taki jak zamierzałam przystępując do warzenia, będę mogła mówić o umiejętności:)

Owce wystrzyżone. Tym razem udało się już w maju przygotować je na sezon letni. Akcja rozłożona na trzy dni. Maszynka elektryczna, którą mamy drugi sezon - i nie była najtańsza - rozpadła nam się w rękach. Ostatnie kilka sztuk strzygliśmy nożyczkami. Zwykłymi. Owce się przy tym mniej stresowały i wynik jest taki, że po nożyczkach wyglądają lepiej niż po maszynce. Mają mniej zranień, a czasowo wychodzi tylko dwa razy dłużej.

Kaczka bieguska siadła na jajach. Kilka dni później pozazdrościła jej druga i też siadła. Zdezorientowany kaczor kręci się w pobliżu i stara się chronić swoje dziewczęta przed wszystkimi - głównie przed kurami. Dochodzi do karczemnych awantur. Po jednej z takich bójek brązowa kurka również wycofała się w spokój i ciszę gniazda z jajami. A kilka dni później następna.Zobaczymy, co tu się będzie działo za kilka tygodni...
UPDATE:
Pisklaki spod jednej kury już się wykluły, druga siedziała na niezapłodnionych jajach, gdyż w międzyczasie umarł mi Feluś - kogut nad kogutami. Jednego dnia było dobrze, a następnego przesiedział już skulony i nie chciał nic jeść, ani pić i rano się już nie obudził. Okazało się, że te kilka dni jego nieobecności wystarczyło, żeby z jaj nic nie wyszło. Nie wiedziałam tego. Zakupiłam dwa młode kogutki, z których docelowo chcemy zostawić sobie jednego. No i dostałam całkiem niedawno dziesięć kurek, pięknych trzylatek. Są u mnie od ponad trzech tygodni. Zawładnęły kurnikiem od pierwszej chwili. Jeśli znoszą jaja, to jeszcze nie odkryłam gdzie.
Bieguski z 11 jaj wysiedziały jedną kaczusię, którą się nie zajmowały i została zadziobana przez poniższą kwokę. Taki mam domysł, gdyż raz przyłapałam ją na ataku. Interweniowałam i miałam naiwnie nadzieję, że to jednorazowa akcja. Tutejsze gospodynie radzą, żeby jednak kacze jaja podkładać kwokom.
Nigdy nie wyjdę z podziwu, że kilkanaście młodych zbójców jest w stanie zmieścić się pod taką kwoczką.
Ogrodem zajmowałam się mniej więcej do połowy maja. Teraz z braku czasu po prostu rośnie. Przechodząc wyrywam zawsze jakieś większe chwasty, ale elegancko nie jest - nie ma co ściemniać.



Tam, gdzie ściółka grubszą warstwą, kury rozgrzebywały mi mocno młode siewki i sadzonki. Teraz, kiedy wszystko podrosło już dały spokój. Wkurzam się na nie i cały czas się zastanawiam, co lepiej grodzić, ogród czy kury i nie mogę się zdecydować. Na razie sytuacja puszczona luzem i z bólem, ale godzę się na poniesione straty. Pocieszeniem jest, że widocznie toczy się tam bujne życie, skoro tak chętnie grzebią.

Pierwsze moje truskawy! Były pyszne. Reszta poszła na przetwory.
Tak czy inaczej zbiory jakieś już są. I to takie przyjemne ciągle, że można sobie wyskoczyć do ogrodu i ciachnąć coś z niego na obiad.
Samosiejka nagietka i rukoli. W tle dynie na kupie skoszonej trawy ubiegłorocznej, przywalonej obornikiem, przykrytej jeszcze słomą i przyprószonej ziemią.
Wczoraj K. wysłany po koperek wrócił i obwieścił, że mamy tam cały supermarket! (Lubię Go za ten dziecięcy entuzjazm:)) Prawdą też jest, że dawno nie odwiedzał warzywnika, bo jesteśmy w trakcie kolejnej budowlanki. Tym razem stajenka ma stanąć na miejscu dawnego tzw. garażu. 
Żeby rozebrać "garaż", musieliśmy dobudować w stodole antresolę - no bo co zrobić z nie-wiadomo-kiedy-potrzebnym złomem z garażu? Segregowanie złomu na "do wyrzucenia" i  "na pewno się przyda", przenoszenie go, potem rozbiórka, oczyszczanie pięknych starych desek i belek z pordzewiałych gwoździ - trwało to wszystko kilka dni. Garaż rozebrany, wykopki zrobione, woda podciągnięta, wylewki zrobione. No i ruszyliśmy. Chcemy odwzorować styl pozostałej części stodoły, czyli filary z betonowych pustaków z drewnianym wypełnieniem.

No to działamy!
Łaskawej pogody dla Wszystkich działających, jak i oddających się zasłużonemu wypoczynkowi.

Aha, donoszę, że marzenia się spełniają! 
W czerwcu obchodziłam urodziny, a to urodzinowy prezent dla mnie.
Przedstawiam Hopkę:
Imię Hopka jest kombinacją angielskiego hope i hopsasania, bo nasza cielisia bardzo lubi sobie poskakać:)
Hopka jest ulubienicą wszystkich, garnie się do przytulania strasznie. W końcu jest dzieckiem. Chodzi za nami (niestety, głównie za K.) jak pies. Mieszka z kozami, no w osobnym boksie, ale się widzą - gadają jakoś ze sobą. Pastwisko jednak dzielą również z owcami. Obserwuję, jak Hopka próbuje naśladować zachowania jednych i drugich. Na razie nie może się zdecydować czy jest kozą czy owcą, a może i kozłem... Ma czas na dorosłość i na odkrycie swojej prawdziwej tożsamości.
No to pa!