przy-ziemne

przy-ziemne
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słombal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słombal. Pokaż wszystkie posty

17 listopada 2015

Notatka zdecydowanie jesienna.


Listopadowy widok z okna. Wschód słońca.


Krajobraz coraz bardziej rozmiękczony przez poranne mgły. Drzewa w większości straciły liście. Teraz wartę przejęły złociste modrzewie. Bywa też ponuro, mokro i nieprzyjemnie, co ma swoje liczne zalety.

U nas wykończeniówka posunięta na tyle, że udało się na powrót przenieść na zimę do kopuły. Dzięki studni głębinowej i podkowie w piecu, leci ciepła woda. Z kranu!
Po okresie noszenia wiader z wodą, a potem grzania garów na piecu, przyznam, że jest to dla mnie skok cywilizacyjny. Prawie taki, jak rok temu zimna woda z kranu. HA! Cieszę się z tego doświadczenia. Tutaj ludzie powiadają: Tak się dawniej żyło... Wiem, ale sama tego nie przeżyłam. A teraz już tak. Przyda się. W przyszłości mamy plany orynnowania czego się da, żeby zbierać deszczówkę.

Kopułka wytynkowana. W tym roku nałożyliśmy cztery warstwy gliny, w sumie (z ubiegłorocznymi) sześć. Ostatnia kolorystyczna glina z kredą poszła już pędzlem. Starczyło nawet zapału, żeby zrobić kręciołka. Choć przyznam, że gdyby nie wpadła Dorota, już machnęłabym ręką. A jej chciało się wyrysować szablon.

Milion razy wchodziła i schodziła schodami, żeby rzucić okiem z innej perspektywy. Poprawiała, mazała, wyrównywała to, czego wyrównać się nie da. No i efekt końcowy mamy taki:

Przyjemnie się żyje z kręciołkiem nad głową. Dzięki, Dorotko.
Poza tym K. skończył podłogi, tam gdzie nie zdążyliśmy w ubiegłym roku. Teraz już wszystko wycyklinowane, pomalowane. Można żyć.
Mnie została teraz wykończeniówka, czyli przede wszystkim domycie wszystkiego oraz urządzanie tym, co mamy. Niektóre rzeczy mają swoją drugą, a nawet trzecią szansę. Na przykład takie półeczki zrobił K.
Kiedyś dostaliśmy od Przyjaciół deski. U nich robiły za szalunek. Mieszkając w Beskidach zrobiliśmy z nich ramę pod materac. Teraz przyjechały na Podkarpacie i będą podporą dla literatury. Tym szalunkowym chyba się nie śnił taki awans.

Ale będą też nowości. Zamawiamy u znajomego stolarza blat do kuchni. Niestety w naszym przypadku nie wystarczy mu powiedzieć: Wiesz, taki 200x60 cm. Przygotowanie szablonu wcale nie było łatwe, ale powstał.
Stolarz podumał nad nim, podrapał się w głowę odrobinę tylko przeklinając pod nosem i powiedział, że zrobi.
Kopułkę na zimę mamy zabezpieczoną, chyba nawet lepiej niż w ubiegłym roku. Na wiosnę jeszcze TYLKO dach i będzie można przejść do następnych marzeń.

W tak zwanym międzyczasie trzeba było jeszcze zrobić przetasowania w schronach dla zwierząt. Owczarnię bowiem zajmowały kozy. Kozom zatem trzeba było na zimę przystosować część dawnej obory służącej do tej pory za magazyn rzeczy różnych. Udało się. A owce nie dość, że wróciły na dawne śmieci, to powiększone o dodatkowy metraż i dodatkowy paśnik. Chyba wszyscy zadowoleni z tych rozwiązań z wyjątkiem Berniego (capka), który dostał osobny boks i nie może na stałe molestować dziewczyn. Swoją drogą, odkąd mam capka, zrozumiałam skąd się wzięły te wszystkie obleśne zachowania i gesty panów wykonujących zwykle jakieś prace budowalno-chodnikowo-drogowe. Na szczęście w przypadku zwierząt wygląda to bardziej naturalnie, a nawet zabawnie.

Przy okazji tworzenia tymczasowej koziarni, musieliśmy się wybrać do lasu po żerdzie mające służyć za trzon konstrukcji. Nasz "las", to kilkunastoletni gąszcz samosiejki, którym nie było czasu się zająć, ale który stopniowo przerzedzamy, kiedy zachodzi potrzeba. Ponieważ nie mamy jeszcze żadnego wozu, traktora, ani innej siły pociągowej, musieliśmy sami przytargać owe żerdki. Całkiem były ciężkie, więc indiańska metoda noszenia ciężarów, opisana przez Szarą Sowę*, wydawała się najsensowniejsza. W skrócie polega ona na podzieleniu całego ładunku i przenoszeniu jak największych ciężarów na niewielkie odległości. Odpoczywa się wracając po następną porcję, którą przenosi się kawałek dalej itd. Podobno metoda ta daje lepsze efekty, niż noszenie mniejszych ciężarów bezpośrednio do celu.
Jak widać, korzystamy z wielu dostępnych tradycji. Wkrada nam się też jednak nowoczesność.
Czy sensowna, to się okaże w przyszłości. Nasza gmina dostała 90% dofinansowania na projekt: "Budowa mikroinstalacji prosumenckich". Trzydzieści parę gospodarstw było zainteresowanych, w tym my. Jak będą skonstruowane umowy z energetyką i jak to będzie w praktyce hulać, przekonamy się w najbliższym czasie. Do końca stycznia ma być zakończony cały proces rozruchowy.

I to chyba wszystkie nowości. Bo z pewnością nie jest żadną niespodzianką, że odkąd wyjechał K. dużo czasu spędzam u mechaników różnych. Samochody ZAWSZE to robią...
Ale pojawiła się przy okazji taka refleksja, że właściwie wszystkich fachowców potrzebnych do funkcjonowania gospodarstwa domowego mamy w zasięgu naszej wsi. Murarze, tynkarze, cieśle, stolarze, hydraulicy, spawacze metali różnych, specjaliści od prac ziemnych, mechanicy, naprawiacze AGD... A nie znamy jeszcze wszystkich "usługodawców". Jest to wygodne i społecznie bardzo rozwijające.

Dużo deszczu i spokoju na ten przedzimowy czas.

* Grey Owl - Pielgrzym puszczy.

13 września 2015

Notatka budowlana - reaktywacja. Vol. 1

Ostatnimi czasy ruszyliśmy w końcu z wykończeniem kopuły, bo preteksty, że upał, że wody brak straciły swoją moc. Presja psychiczna okazała się silniejsza. Zabraliśmy się do roboty. Przybył także nasz niezawodny Przyjaciel D., jako dodatkowy motywator. Przyjechał na dwa dni, został dziesięć. Prace posunęły się do przodu, a co najważniejsze - rozkręciliśmy się na dobre i teraz można już zasuwać od rana do wieczora.
Krokiem milowym było ściągnięcie z kopuły folii zabezpieczającej przed deszczem. Być może dlatego tak długo zwlekaliśmy. Miała objawić się prawda o stanie betonowej powłoki. Pomogło trochę nastawienie się na najgorsze, więc pęknięcia, w które swobodnie wchodziła ręka nie załamały nas całkowicie. Niestety temu zdjęć nie zrobiłam (widocznie emocje były większe, niż jestem w stanie przyznać), a szkoda, bo dokumentacja byłaby pełna. Największe rysy były nad drzwiami i południowym oknem, w najgrubszym miejscu ok. 3 cm szerokości, do samej słomy. Mniejszych pęknięć było dużo więcej. Dwa dni K. zacierał ślady ruchów kopułki zaprawą zmieszaną z klejem do styropianu. Największe rysy najpierw zaklejaliśmy gliną, a dopiero później zaprawą.
Kolejnym krokiem było założenie metalowego stelaża z bednarki.

Kluczowa jest obręcz nad oknami, która po dokręceniu śrub ma zatrzymać ewentualny ruch rozpychający. Reszta stelaża ma utrzymać tę obręcz w miejscu, które jej wyznaczyliśmy i nie pozwolić zsuwać się do góry. Są też założone siatki zbrojeniowe, aby siła nacisku bednarki nie była punktowa, lecz rozchodziła się szerszym pasem.
Wszystko zostało potem zaklajstrowane, wygładzone i prawie śladu nie ma.
W pasie podokiennym również prowadziliśmy działania zabezpieczające. Tutaj poszła zwykła siatka podtynkowa i dodatkowa warstwa betonu.
Mamy też już parapety zewnętrzne. Osadzone! Tę robotę wykonał pan Janek. Jest to jedna z nauk tej budowy - nie wszystko trzeba zrobić samodzielnie. Jeśli jest dostępny Człowiek, który się zna, a prawda jest taka, że lokalne dniówki nie drenują portfela, to można mu oddać część pracy. Człowiek robi to szybko, sprawnie, ma odpowiednie narzędzia, nie zadaje zbędnych pytań, nie główkuje niepotrzebnie (z tym czasami trzeba uważać i pogłówkować za niego), przy chudej kawce-zalewajce opowie ciekawe historie z życia i robota zrobiona w jeden dzień. Myślę, że nam zszedłby na tym tydzień. Dlatego też nie walczyliśmy na siłę o samodzielną budowę pieca, czy stawianie komina. Takie działania mają też wymiar społeczny. Dajesz pracę komuś z okolicy, wieść o budowie się rozchodzi, ludzie przychodzą oglądać i "podziwować" się. Poznajesz coraz więcej ludzi. Ludzie poznają ciebie i przekonują się, że to nie kosmici przyjechali, da się z nimi pogadać, a że stawiają dom z błota, no to trudno, w końcu mieszczuchy.
Dzięki Panu Jankowi od Parapetów my weszliśmy już do środka z tynkami glinianymi, bo na tym akurat lokalni fachowcy się nie znają (przepraszam, mamy pana Gienka, który w Niemczech robił tynki gliniane z sieczką.Użycza nam porad oraz różnych sprzętów, ostatnio rusztowania).
Długo zastanawialiśmy się na sposobem skutecznego mieszania gliny wykopanej za domem. W tym roku nie mamy już maszyny do tego. Jest oczywiście opcja udeptywania czy innego mieszania ręcznego, ale ponieważ dysponujemy obecnie tylko nogami K. i moimi czas obróbki materiału strasznie by nam się wydłużył. Poszliśmy na łatwiznę i z pobliskiej cegielni przywieźliśmy tonę niewypalonych cegieł (40 zł).
Po zalaniu wodą w cudowny sposób przybierają postać gotowej do dalszej obróbki paćki.
Problemem jest betonowy kolor tej gliny. Problemem dla nas, bo może ktoś lubi. Co ciekawe, są to te same cegły, z których mamy zbudowany piec w ładnych żółto-pomarańczowych, glinianych, kolorkach. Glina wydobywana jest z głębokości ok. 6-9 metrów i tlenki żelaza nie mają szans się utlenić, dopiero proces wypalania wydobywa z nich kolor, jaki przypisuje się cegle. Przynajmniej takie wytłumaczenie otrzymałam w cegielni. Glina ta jest dosyć chuda, więc do tynkowania dobra, a co najważniejsze już obrobiona, czyli: 1. przeciśnięta przez sita, 2. poszatkowana, 3. długo mieszana w wielkich kadziach. Samo oglądanie tych przedwojennych i działających nadal urządzeń robi wrażenie. Problem kolorystyczny rozwiążemy w ten sposób, że glinę z cegielni wykorzystamy do tynkowania jako warstwy wyrównująco-gładzące, a naszą glinę jedynie do ostatniej cienkiej warstwy kolorystycznej. Wtedy będziemy jej potrzebować stosunkowo mało i jakoś damy radę porządnie rozmieszać.
Szukałam metody rozjaśnienia naszej gliny, czyli czegoś, co nie będzie się z gliną się gryzło (wapno), będzie nadal eko, nie zrujnuje mnie i nada jej odcień o ton lub dwa jaśniejszy. Może czyta to ktoś, kto zna sposób? Ja do tej pory wymyśliłam dodanie do gliny sproszkowanej kredy piszącej. Tutaj próbki kolorystyczne. Na zdjęciu widać co widać, ale są to odcienie naturalnego pomarańczowo-beżowego koloru gliny (widoczny na obrzeżach).

Po kilku dniach glinowania, mamy już w miarę opracowaną technikę nakładania tynku i najbardziej przydatne urządzenia.
Z tego zdjęcia najbardziej przydatne są: 1. pędzel z wodą do namaczania ściany, 2. ręka do nakładania, 3. mała kielnia do wygładzania, 4. packa do podtrzymywania sobie kolejnej porcji gliny (choć ja używam do tego drugiej ręki). Na zdjęciu brakuje jeszcze zwykłej gąbki kąpielowej do zacierania i wygładzania ściany.

A! Mam jeszcze dowód, że nasza kopułka, w szczególności łazienka, jest w pełni zżyta z naturą.

Prawdopodobnie najbliższe 2-3 tygodnie, to zabaw w glinie ciąg dalszy. Gdyby ktoś chciał "pobawić się" również, to zapraszamy. Przy takiej robocie każda para rąk zmienia rzeczywistość, no i jakaś odmiana do pogadania...

Po przyszłym weekendzie natomiast wiercimy studnię. I za to proszę trzymać kciuki.

31 października 2014

Notatka budowlana cz. 11 i ostatnia

Ostatnia w tym roku. Nie wszystko udało nam się skończyć, ale więcej budowania nie będzie, bo już za późno, bo nie wyschnie lub, bo nie wiadomo co zrobić. Ostatni miesiąc, to wyścig z czasem, żeby dokończyć to co konieczne.

Najpoważniejszym niewykończeniem jest brak ostatecznej powłoki zewnętrznej kopuły. Docelowo miały być położone, na istniejące dwie warstwy tynku cementowo-glinianego, folia kubełkowa oraz ostatnia wartswa tynku, pociągnięta na koniec preparatem wodoszczelnym.
Jednak z powodu opisywanych wcześniej pęknieć baliśmy się obciążać kopułę kolejnymi warstwami, a nie znaleźliśmy rozwiązania, które byłoby jednocześnie elastyczne (wytrzymałoby pęknięcia), lekkie, wodoszczelne i oddychające. Poza tym w zależności od tego, co się wydarzy po zimie, jak kopuła zniesie działalność śniegu, a fundamenty mrozu, będziemy decydować co dalej robić. Jest możliwość dozbrojenia konstrukcji, w najgorszym zaś wypadku - położenia dachu.
Tak czy inaczej musieliśmy kopułkę zabezpieczyć na zimę. Po wielu rozważaniach jak to zrobić zdecydowaliśmy się na położenie folii tunelowej. Żeby zachować minimalną przynajmniej dylatację i możliwość oddychania, pod folię poszła siatka maskująca, a przy świetliku zrobione są otwory wentylacyjne.

Ostatnie zdjęcie kopułki przed założeniem folii.
Zakładanie siatki i folii.
 No i tak to wygląda obecnie.
Wspominałam już o tym, że zrobiliśmy izolację fundamentów przed wodą i mrozem. Na izolację poszły kolejno warstwami: folia kubełkowa, piasek, styropian, folia fundamentowa, siatka
zbrojeniowa, beton.
Teraz kołnierzyk izolacyjny jest do połowy zasypany ziemią.

Wnętrza też nie udało się dopieścić - zostawiamy sobie na to przyszłą wiosnę. Jesteśmy na etapie dwóch warstw tynku - potrzebne jeszcze co najmniej dwie. Mamy dociągniętą wodę ze studni, co oznacza zimną wodę w kranach, kibelku i działającą pralkę - dla mnie krok cywilizacyjny godny Księżyca:)
Mamy działający piec. Rozprowadzony prąd (dziękuję, D.), podłączoną kuchenkę gazową (na butlę). Położone podłogi drewniane w technologii: folia, wełna mineralna i deski na legarach. W łazience czasowo płyta osb, ma być klepisko gliniane, ale długo schnie, więc też sprawa odroczona. Tutaj jako izolacji użyliśmy keramzytu.
Koniec końców, mimo dużej prowizorki i niedociągnięć estetycznych... ZIMUJEMY!

Pierwsza przymiarka schodów na antresolę. Przy okazji, bo chyba jeszcze nie mówiłam o tym, że wszystkie okna, drzwi, spora część AGD, no i schody są prezentem od mojej Przyjaciółki, która jest w trakcie duuużego remontu.
Kilka zdjęć wnętrza.

Sobota wieczór. Potężne zmęczenie po trzech pełnych miesiącach pracy. Skończyliśmy przenoszenie podstawowych sprzętów.
I pierwsza banieczka z Sąsiadami za pomyślność na nowym. Bez ich pomocy niewiele udałoby się zrobić.

W poniedziałek rano K. udał się do innych obowiązków, ja "urządzam".
A jako ostatnia z większych prac przed zimą powstaje ganeczek.

Chciałabym to jakoś ładnie podsumować, ale nie umiem. Potrzebuję odsunąć się kilka kroków od tego roboczego transu.
W tym momencie na pewno odczuwam ogromną wdzięczność dla Wszystkich, którzy się przyczynili do powstania kopuły - jest ich trochę:) Ale też zdziwienie i satysfakcję, że można, i że własnymi rękami. Niesamowite uczucie.

To może niech zakończeniem będzie zupenie nie związany z budowaniem temat, chociaż może związany, ale w szerszym znaczeniu budowania całego gospodarstwa. Otóż w trakcie tej trzymiesięcznej budowlanej historii, przydarzyła nam się dwudniowa wycieczka na drugi koniec południowej Polski. A do kogo? A do Rogatej! A po co? No jak to po co - po rogaciznę! Zdarzenie było bardzo miłe i ożywcze. Psychicznie nas odbudowało, a dodatkowo przyjechały z nami cztery ślicznotki i kawaler.
Rogatej Owcy i Małżonkowi bardzo dziękujemy, że mimo zabiegania spędzili z nami kawał wieczoru i poranek dnia następnego.
Owce mają się świetnie, z pastwiska zadowolone, aczkolwiek chętnie odwiedzają schron, gdzie pachnie świeżym siankiem. Chodzą też za mną gromadką, bo często wypada mi z kieszeni jakaś marchewka czy inne jabłuszko. Podskubują, dają się głaskać, z wyjątkiem Bazylego, który zachowuje daleko posuniętą ostrożność.
Działają na mnie uspokajająco. I jakoś tak z sensem wygląda teraz ta nasza wielka łąka - w końcu się na coś przydaje...

Życzę Wszystkim wielu pozytywnych myśli pomimo i a propos jutrzejszego Święta.

P.S.
Mam jeszcze dokumentację fotograficzną "step by step" z budowy oczyszczalni korzeniowej, którą też sobie zrobiliśmy w wolnej chwili, a co... Ale to już przy okazji następnego spotkania.




2 października 2014

Notatka o fachmanach

Aparatu nie ma i nie będzie przez jakiś czas. Ale pracujemy, jakby był:)
Piec stanął, komin stanął, dym z komina poszedł. Ścianki działowe też postawione. To w środku. Na zewnątrz zrobiliśmy jeszcze izolację poziomą docieplającą fundamenty.
Chłopaki zabrali się za ganek, a ja fuguję piec - gliną, a jakże.

Roboty posuwają się szybko, bo lokalni fachowcy (zdun, murarz) tak pracują i trzeba się dostosować.
W ogóle praca z nimi jest ciekawym doświadczeniem.
1. Fachowcy zaczynają wcześnie rano. Dla mnie to luz, bo jestem ze skowronkowatych, ale K. to sowa. Dzielny jest strasznie, ale zauważyłam nieprzytomne przerażenie, jak ostatnio murarz zajechał do nas na motorku o 7 rano.
2. Fachowcy pracują szybko. Czasem bardzo szybko, co jest oczywiście zaletą, ale trzeba uważać, bo z rozpędu/rutyny popełniają błędy, które potem z wdziękiem tuszują, ale mogłoby ich nie być.
3. Fachowcy uważają, że w każdym normalnym gospodarstwie znajdzie się: kawałek blachy, druta o różnych przekrojach i innego żelastwa, kupka starych cegieł/dachówek itp., dlatego do głowy im nie wpadnie, żeby się kazać zaopatrzyć wcześniej w takie rzeczy. Staliśmy się więc klientami szrotów i nasze gospodarstwo zaczyna przypominać "normalne".
4. Z fachowcami trudno się dogadać. Tutaj problemy są dwojakiego rodzaju. Zwykłe językowe. Na branżowy slang nakłada się lokalna gwara, dzięki temu możemy wysłuchiwać pięknych potoków słów, które brzmią znajomo, ale niewiele wnoszą znaczeń. Na szczęście pracuje z nami Syn Sąsiada, który dodatkowo pełni funkcję tłumacza kultur. Drugi problem jest trudniejszy, bo wymaga od fachowca odpowiedzi na pytanie: dlaczego. Zwykle przez 30, 40, 50 lat praktyki zawodowej nikt nie zadał fachowcowi pytania dlaczego coś robi właśnie tak. Czasami nasuwa się podejrzenie, że nigdy się fachowiec nad tym nie zastanawiał, bo przecież: zawsze się tak robi - to najczęstsza odpowiedź.
5. Średnia wieku fachowca, to 70+, może to tłumaczy, że fachowiec nie pyta jak chcesz, żeby było zrobione, wie lepiej jak ma być zrobione.

I tak współpraca jest bardzo pouczająca i dzięki nim zdobywamy mnóstwo umiejętności, chyba sobie na zakończenie przyznamy jakieś odznaki:)

Pozdrowienia czeladników ślemy!




22 września 2014

Notatka budowlana cz. 10

Ostatnie prace przy naszej kopule były mało efektowne - tynkowanie, tynkowanie, tynkowanie z zewnątrz i w nutrii. Od tego tynkowania mój aparat nie oparł się glinie, wszedł z nią w bliskie kontakty, po czym przestał działać. Nasze telefony służą jedynie do rozmów, zatem zdjęcia poniżej będą nie całkiem aktualne, zresztą i tak kilka z nich użyczonych przez D.

Właściwie z tym tynkowaniem można powiedzieć, że panuje budowlana nuda.
Ale...
Emocji dostarczają nam popełnione na początku błędy konstrukcyjne. Do tej pory odbijają nam się czkawką. Pochłaniają też czas, pieniądze, nasze nerwy oraz pewność, że ma sens dalej to ciągnąć. Czasem wydaje mi się, że dramatyzujemy, a czasem, że nie zdajemy sobie sprawy z powagi sytuacji.
Samonośna kontrukcja słomiana "osiada". Kopuła wykonuje lekkie ruchy, widać to po odchyleniach otworów okiennych. Pękąją też kolejne warstwy nakładanego tynku zewnętrznego cementowo-glinianego. Nie są to powierzchniowe pęknięcia spowodowane wysychaniem tynku. Raczej rysy konstrukcyjne, długie, pionowe, głównie przy oknach i drzwiach. Mimo podwójnej już warstwy zewnętrznej każdy deszcz powoduje przecieki przez słomę do środka. Nadal musimy więc nakładać ochronną plandekę.
Pojawiają się pomysły dozbrojenia kolejnej warstwy tynku, miejscowo lub po całości oraz wzmocnienia fundamentów. Nie mamy bowiem pewności czy konstrukcja słomiana osiądzie, ile ma osiąść i się zatrzyma, czy jest to ruch ciągły, nieskończony.
Tak czy inaczej pracujemy nieustannie od rana do wieczora z przerwami na niedziele.

Tynkowanie pierwszej warstwy zewnętrznej odbywało się przy użyciu tegoż urządzenia.
fot.: D
Maszyna dwa w jednym, służąca do mieszania gliny i tynkowania. Dużo by o niej mówić, z pewnością to, że jest kapryśna. Wiele wysiłku kosztowała jej obsługa, drobne i większe naprawy, zabezpieczenia itd. Pewnego dnia odwiedził nas Dziadek-Sąsiad popatrzył na chłopaków kolejny dzień męczących się z urządzeniem i stwierdził, że on by to szybciej kielnią obrzucił. To był moment przełomowy w naszych pracach tynkarskich. Odkryliśmy wspaniałe narzędzie - czerpak tynkarski, dzięki któremu prace ruszyły z kopyta.
fot.: D
A tam, gdzie zasięg rozrzutu nie docierał, wybraliśmy inną ręczną metodę.
Wewnątrz po narzuceniu pierwszej warstwy tynku glinianego wyrównywaliśmy go czym się da.
 Ściany po narzuceniu pierwszej warstwy.
 
Po wygładzeniu zaczynają wyglądać jak wnętrze glinianego domku.
Następnym etapem jest wyrównywanie ubytków gliną wymieszaną z sieczką słomianą.
fot.: D
Mieszanie gliny odbywało się z kolei metodą nożną.
fot.: D
W niektórych miejscach naszego budyneczku po paru dniach pojawiło się życie.
fot.:D
Kilka perspektyw kopuły.

Oprócz tego, co na zdjęciach udało się jeszcze zrobić kolejną wewnętrzną warstwę tynku. Glina+piasek+trociny. Wylać stopę pod piec i wylewki pod ścianki działowe. Dociągnąć prąd. Założyć okna. Aktualizacja foto nastąpi po odebraniu aparatu z serwisu (jeśli się uda).

Tradycyjnie chciałabym żłożyć wielkie podziękowania naszym ostatnim wolontariuszom Gosi i Piotrowi. Trafili do nas w sam środek szaleństwa tynkowego, mieli więc okazję naprawdę pomóc, a przy okazji wybrudzić się na maxa:) oraz Radkowi, który wpadł na krótko, ale dał z siebie wszystko:)

Jutro-pojutrze wchodzi na arenę zdun!

Wszystkim, z nami włącznie, życzę udanego tygodnia! Dziękuję również za maile i inne wyrazy troskliwego zainteresowania:)

3 września 2014

Notatka budowlana cz. 9

Jako budujący pierwszy raz w życiu coś swojego jesteśmy mało odporni, a więc wystawieni na wszystkie towarzyszące temu przyjemności. Huśtawka nastrojów od euforii po totalną załamkę, od wszechogarniającego ducha pracowitości po stany, kiedy opadają ręce i chce się płakać, ewentualnie wysadzić w powietrze rozpoczętą budowę. Zdarzają się spięcia przeplatane wybuchami śmiechu z własnej głupoty, uporu lub bezsilności. Wszystko to jest naszym udziałem i staram się o tym myśleć, jako o czynniku wzmacniającym kondycję człowieczą.

Tymczasem patrząc okiem aparatu nie jest źle - rozpoczęliśmy tynkowanie i kopułka zaczyna nabierać kształtów. Kształty kształtują się dosyć spontanicznie i z każdej strony wyglądają nieco inaczej. Nie jesteśmy jednak przywiązani do wizji idealnie prostej i gładkiej powierzchni, więc łatwo się to akceptuje.

Ubiegły tydzień pogodowo dał nam trochę w d... Większość czasu pracowaliśmy pod osłoną...

... topiąc się w bajorku...
... ale ekipa nie ustawała.
Wieczorami kuchnia była okraszona kolorowymi akcesoriami odzieżowymi,

a efekty psychiczne całodziennej wytężonej pracy, bywały różne.


Kiedy jednak przyświeciło słońce, to śniadaliśmy w takich okolicznościach.

Wracając do rzeczywistości, czyli na plac budowy. Betoniara pracuje. Rozrabiamy tynk cementowo-gliniany.
Przygotowane zabezpieczenia na otwory okienne i drzwiowe.

Już opryskane pierwszą warstwą tynku.

No i kilka ujęć z postępu prac.

Wczoraj stanęło już rusztowanie,aby dokończyć tynki na szczycie...
... oraz dołączył nasz kolega Jaś, który zabrał się za wyrównywanie wnętrza.
A może to powinien jednak być kurnik?

Mała M. jak zwykle elegancka, wpada na budowę popracować i podnieść estetykę ekipy.
A nad wszystkim czuwa K., dobry duch osłaniający efekty naszej pracy.
fot.: D
Chciałoby się zakończyć okrzykiem: niech się mury pną do góry!
Pozostanę jednak przy cichym życzeniu: niech to wszystko trzyma się kupy!

Ślę pozdrowienia dla Wszystkich wytrzepując słomę z butów i innych części blielizny:)