przy-ziemne

przy-ziemne
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty

28 kwietnia 2016

Notatka na dwa latka


Mijają właśnie dwa lata, od kiedy na stałe zamieszkaliśmy tutaj. 


Niedawno Brat zapytał mnie o podsumowanie tego czasu, o rozbieżności pomiędzy wyobrażeniami a rzeczywistością i ogólne odczucia co do życia, które sobie wymarzyliśmy, początkowo w teorii.
Dla przypomnienia, wcześniej spędziliśmy kilka lat na wsi, ale na wynajmowanym kawałku ziemi z domem. Bez żadnych hodowli, jedynie z małym ogródkiem eksperymentalnym. Mimo poczucia tymczasowości był to czas nie do przecenienia. To wtedy zaczęliśmy przesiąkać ideą życia na wsi na stałe. Wtedy mieliśmy czas odkrywać, głównie internetowo, różne rodzaje ekologicznych upraw i budownictwa. Był to również początek nauki, żeby nie powiedzieć nowy fakultet, życia sąsiedzkiego, praw, którymi rządzą się małe społeczności, znaczenia barteru i innych przydatnych umiejętności oraz wiedzy o życiu, których się nie ma żyjąc w mieście.
No i w dużym stopniu był to również czas poszukiwania "naszej" ziemi.
Odkąd jesteśmy tutaj udało się zrobić parę rzeczy, a przy okazji popełnić trochę błędów. Może ubiorę to w jakieś punkty, będzie mi to łatwiej opisać.
Po raz pierwszy czynny udział przy powstawaniu notatki brał K. Trochę mnie korygował (technicznie), trochę dodawał od siebie. Ciekawe, czy te Jego fragmenty będą rozpoznawalne:)

1. Sprawy mieszkaniowo-bytowe

Kupiliśmy gospodarstwo ze starym domem i stodołą. Stodoła nowsza (początek lat 70.) z domurowaną obórką. Dom drewniany w złym stanie, mocno spróchniały, bez wody, łazienki - za to z gazem i wspaniałą ceglaną piwniczką pod kuchnia. Wedle moich mojej opinii nie nadawał się do zamieszkania, ale w końcu w nim zamieszkaliśmy. Jak to się stało opisałam TUTAJ. Pierwszego lata podjęliśmy się budowania kopuły ze słomy i gliny. Udało się, nie bez problemów (historia budowy jest opisana w "notatkach budowlanych"). Mieszkamy w niej teraz. Budulec słomiano-gliniany ma potencjał, natomiast nie sprawdza się w przypadku naszej kopuły, bez względu na to jakim tynkiem byłby pokryty i jakim preparatem zabezpieczony, gdyż nie da 100% pewności co do wodoszczelności (mikropęknięcia na pracującej na wietrze kopule) i wystarczającej dla słomy oddychalności, co zapewnia tylko glina. W tym roku będziemy robić dach, którego miało nie być i dlatego miało być fajnie i tanio. A dach na kopule nie jest prostą sprawą, więc będzie niezbyt fajnie i drogo. Poza tym w kopule mieszka się bardzo przyjemnie i ciepło, choć góra czasem zamienia się w saunę nie do życia – nie bez kozery w kopulach zawsze powinno przewidywać się (nie przewidzieliśmy!) możliwość dodatkowego wietrzenia na piętrze, bo tam właśnie ulatuje cale ciepło, a co dopiero w słombalu!. Okrągłe kształty, oprócz uciążliwości przy ustawianiu mebli, dają jakąś pozytywną atmosferę. Z obecnym doświadczeniem, nawet gdybyśmy zostali przy okrągłym kształcie, to założenia byłyby już inne. Przede wszystkim nie kopula tylko dom ze zwykłym dachem na krokwiach, normalne betonowe, choć punktowo osadzone fundamenty, a nie worki z piaskiem, a na zewnątrz gliniany lub gliniano-wapienny tynk, a bez dodatku cementu, ukryty pod wypuszczonym dachem.  
Przy okazji budowy kopuły, zrobiliśmy też oczyszczalnię korzeniową, w którą wpięty jest na razie system kanalizacyjny z kopułki, a w przyszłości będzie również obsługiwała Dom. Od jesieni ubiegłego roku mamy w kopule normalny system wodno-kanalizacyjny z podkową w piecu jako systemem ogrzewającym wodę zimą. I od tego czasu nasze zużycie wody jest na poziomie normalnego gospodarstwa domowego, oczyszczalnia też zaczęła działać w miarę poprawnie. Wcześniej, kiedy była pompowana jedynie zimna woda, a ciepłą trzeba było grzać na piecu w garach, zużycie było dużo mniejsze i dla oczyszczalni naszej wielkości nieco za małe. Przy takiej oczyszczalni trzeba brać pod uwagę realne zużycie wody, a my budowaliśmy przyszłościowo z wizją wpięcia do niej drugiego domu.
Gdyż to stary domek drewniany ma być Domem docelowym. Być może uda się częściowo go uratować, a resztę dobudować. Na razie nie mamy kasy i mocy przerobowych na rozpoczęcie prac przy Domu, gdyż w tym roku muszą powstać domy dla zwierząt. Obecnie są poupychane gdzie się da. Co też ma swoją zaletę, bo poznaliśmy już różną naturę tych naszych stworzeń i teraz już wiemy jak dopasować do nich te domostwa , np. że kozy muszą mieć dosyć pancerne boksy, z przemyślnym zamykaniem. Zwykłe haczyki tylko je rozśmieszają:)
Od ponad miesiąca działa też u nas system fotowoltaiczny. Nasza gmina dostała preferencyjne dofinansowanie na poziomie 90% kosztów inwestycji (czyli 82% po uwzględnieniu podatku;). Jesienią zostały zamontowane panele, a wiosną nastąpiło podpięcie całej instalacji. W tym momencie jest to etap rozruchowy. Możemy obserwować ile zużywamy prądu, ile produkujemy, a ile pobieramy od elektrowni. Wygląda na to, że przy takim ogromnym poziomie dofinansowania jest to jeszcze w miarę opłacalne i pozwoli zaoszczędzić ok. 50% kosztów energii elektrycznej, natomiast pewność będziemy mieli po pierwszych rachunkach, gdyż umowa jest tak skomplikowana i wewnętrznie sprzeczna, że aż tajemnicza – widać temat nowy dla wszystkich, prawo nie dostosowane, a EU ciśnie i kasę daje, wiec naiwnie byłoby odmówić. Zysk pozostaje u producenta paneli i osprzętu, u firmy montującej, my zaś jesteśmy beneficjentem i zasłoną dymną jednocześnie, a stratnymi reszta europejskich podatników, którzy na dofinansowany panel się nie załapali. Ekologia? Cóż, chyba nie aż taka jak „kobyłą do lasu po suche patyki”, jak mawia sąsiad.     
Drugiego lata wyschła nam studnia. Mieliśmy już za sobą dwa nieudane wykopy z nadzieją na wodę pod własnym ciśnieniem oraz próbę pogłębienia istniejącej studni, w końcu zdecydowaliśmy się na wiercenie studni głębinowej. Na razie hula bez zastrzeżeń.

Przy okazji spraw budowlanych jeszcze raz ukłonię się w stronę różnych darczyńców, dzięki którym otrzymaliśmy wiele używanych sprzętów: okna, drzwi, schody, zlewy, umywalki, szafy, stoły, częściowo również AGD - wszystko jest już w używaniu lub czeka na swoją chwilę. Jak również tym wszystkim, którzy na różnych etapach pomagali nam w budowlance. Było nam dużo łatwiej i fizycznie, ale chyba przede wszystkim psychicznie - dzięki.

2. Hodowle

To jest bardzo przyjemny temat. Zwierzęta przynoszą ogromną radość, ukojenie, nadają fajny rytm dnia. Rutyna? Być może, ale taka pozytywna. Nie dają szansy na gnuśność, ani osiadanie na laurach. Nieustannie trzeba się przy nich uczyć, być czujnym.
Pierwsze w gospodarstwie pojawiły się kurczęta. Moja Przyjaciółka, Jola przyjechała w odwiedziny do nas z rodziną oraz pudełkiem małych kilkudniowych kuleczek, które wysiedziała dla nas jej kwoczka. Kilka z tych kurek jest u nas nadal, jedna w ubiegłym roku również została matką:) Wiele się zmarnowało, bo lisy, jastrzębie, kuny, psy itd. Kury mają nieograniczony wybieg, co ma swoje liczne zalety, ale też ww. wady.

Następnie z odległej Doliny Baryczy przywieźliśmy owce. Piękne, wspaniałe Wrzosówki rogate, z którymi zechciała się rozstać Rogata Owca. Tak naprawdę owiec początkowo nie było w planie, ich idea pojawiła się na bazie lekkiego wkurzenia. Musieliśmy latem skosić ponad hektarową łąkę za domem. Próbowałam znaleźć chętnych na siano z tej łąki, ale się nie udało. Siano dobre, różnorodne, szkoda, żeby się marnowało, a sama łączka też idealna na pastwisko. Od jakiegoś czasu podczytywałam już bloga Rogatej, no a nie sposób nie ulec magii Jej opisów tych stworzeń:) Pierwszy rok hodowli owiec, to były tylko przyjemności. Obserwacja ich zwyczajów, uczenia się. Pierwsze wiosenne wykoty bezproblemowe. Karmienie, pielęgnacja - sama radość! No może strzyża była nieco męcząca, ale pierwsze koty za płoty, ostatecznie się udała. Na fali takich "sukcesów" dokupiliśmy jeszcze kilka sztuk. Obecnie nasze stadko to 12 dorosłych owiec plus tryk Bazyl, ojciec tegorocznej młodzieży i dzieciaków. Wykoty zaczęły się w tym roku pod koniec stycznia i trwają do dziś, czekamy jeszcze na trzy owce. Tym razem nie obyło się jednak bez problemów. Doświadczyłam śmierci maluchów, które urodziły się z mnogiej ciąży i były zbyt słabe, żeby dalej żyć, odrzucenia zdrowej owieczki przez matkę pierwiastkę (malutka jest na butelce, daje nam kupę radości, jest atrakcją dla wszelkich odwiedzających, bo przybiega na wołanie i jest strasznie towarzyska, no i chodzi z nami i psami na spacery - ładnie trzyma się nogi:)) Zdarzyły nam się również trzy porwania jednodniowych jagniąt, które znikały bez śladu. Podejrzewane na początku lisy i jastrzębie okazały się niewinne, gdyż sprawcą złapanym na gorącym uczynku okazał się nasz własny pies, Stasinek. Ukochany pies, który był aniołem dla wszelkich istot żywych. Do tej pory przyjaźni się z naszą kotką, nigdy nie próbował polować na kury, koty, kaczki owce, ani kozy. Nawet saren, zajęcy i bażantów nie goni. Trudno domyśleć się jaka klapka w mózgu mu się uruchomiła na zapach świeżo narodzonych jagniąt, ale jednak... Porywał, uśmiercał i zakopywał przy pobliskim opuszczonym gospodarstwie.

Ubiegłego lata zakupiliśmy też dwie kozy i kozła karpackiego. Kozioł rasowy z papierami, a kozy białe, jedna w typie karpackiej, druga po prostu biała. Chcieliśmy pójść w kierunku hodowli kóz karpackich, bo pasowały do naszych owiec. Stara rasa, odporna na warunki i choroby, jakby stworzona, żeby żyć na pogórzach. W tym momencie po wielu rozmowach z różnymi hodowcami (z których każdy swój ogonek chwali), wychodzi z międzywierszy, że z kozami, podobnie jak z psami - najlepsze są mieszańce. Gdyby ktoś chciał dorzucić tu swoje doświadczenie, będę wdzięczna. Kiedy kupowaliśmy kozy, były już wykocone i dawały mleko. Trzeba było z dnia na dzień nauczyć się doić. Przy pierwszej kozie, była właścicielka pokazała mi na łące jak się doi, spróbowałam kilku pociągnięć i jakoś poszło. Szczęśliwie pierwsza koza, to ocean spokoju, stała cierpliwie i wybaczała wszystkie błędy. Druga ma już zupełnie inną naturę i zupełnie inne wymionka, początkowo trzeba ją było doić w dwie osoby. Kozule w tym roku urodziły własne maluchy, mleka jeszcze niewiele, ale rano udaje się już coś zdoić. Posiadanie własnego mleka koziego i eksperymenty z serkami, zaostrzyły nasze apetyty i chcemy więcej kóz!

Ostatni nowy nabytek, to kaczki biegusy. 


Ich pojawienie się jest nierozerwalnie związane z kolejnym punktem, czyli uprawami. Wiadomo, mają znacząco zmniejszyć populację ślimaków. Kaczki są dwie i kaczor. Niestety, odkąd się wprowadziły do nas, wpędzają mnie nieustannie w kompleksy. Są tak pracowite i ruchliwe, że przy nich wypadam naprawdę słabo, choć miałam o sobie niezłe zdanie:) Są też mocno terytorialne, przejęły władzę nad kurnikiem, wieczorem kaczor staje w drzwiach i nie wpuszcza kur do środka. Która cwana i przeleci mu nad głową, to jej szczęście. Teraz kury już się nauczyły, że miejsca na grzędzie trzeba zajmować wcześniej, kiedy kaczki są jeszcze w robocie, a pracują do zmierzchu. Niosą też jajka, dużo jajek, to znaczy codziennie. Co do ślimaków, nie mogę na razie potwierdzić ich skuteczności, bo ciągle zimno i potwory jeszcze nie wylazły. Pojedyncze, które znajdywałam, kaczki pożerały ze smakiem.
Dodatkową zaletą zwierząt są duże ilości obornika. Własnego, ekologicznego czarnego złota, które z roku na rok wzbogaca naszą ziemię. Inna sprawa ile się trzeba przy nim namachać widłami. 

Z innych zwierzątek mamy jeszcze dwa psy i cztery koty. Psy duże, ale pełnią funkcję raczej ozdobną (no, jeszcze ta wartość dodana w postaci towarzystwa do "pogadania", spacerków, miziania, przytulania itd:)). Koty dwa bardziej domowe, dwa zewnętrzne - te przynajmniej pracują na swoje utrzymanie. Chyba, że zimno i deszczowo. Wpuszczone do domu całą czwórką wylegują się na antresoli, gdzie najcieplej i zawsze znajdą rozbebeszone łóżko.
To oczywiście koty zewnętrzne. Brat z siostrą.
Resztę zwierząt nie wiem jak traktować, bo niby żywi się na naszym, ale jednak to dziczyzna. Do nich zalicza się parka kuropatwiano-bażantowa, stadko sarenek oraz sójki w dużej ilości. To ci stali bywalcy, reszta różnorodności pojawia się bardziej sporadycznie i nie mam pewności, że to ci sami.

3. Uprawy

Tutaj sytuacja nie wygląda dobrze. Od samego początku błędy! Pierwszym i największym było przeoranie zbyt dużego kawałka ziemi, przeznaczonego na uprawy. Mimo przestróg Gorzkiej Jagody, która na własnym ugorze przechodziła to samo, zrobiłam to i ja. Przeorałam. Nie sposób dwoma rękami, a nawet czterema, zagospodarować szybko takiego kawałka, chyba że chce się prowadzić klasyczne monokultury – tu wiorstę ziemniaka, tam sotnię buraka. A że my chcemy małe, symbiotyczne uprawy poprzetykane krzaczkami i drzewkami - zaczęło zarastać.... Udało się wyznaczyć jedynie małe grządki, część obsiać gryką, a reszta porosła. O ile w pierwszym roku różnorodność zarastania była duża (m.in. znaczny udział krwawnika), to drugiego roku już tylko perz. Co gorsza, na kopkach przeoranej ziemi porobiły się góry i góreczki, co znacznie utrudnia koszenie i trzeba marnować kilka razy więcej energii. Teraz powoli robimy to, co trzeba było robić od początku. Sukcesywnie poszerzamy obszar upraw stosując metodę: kartony, obornik, ściółka. Mniej więcej po pół roku można zacząć taki kawałek uprawiać. Od ubiegłego roku i tak jest lepiej, bo zrobiliśmy dodatkowo prymitywny inspekt i tunel foliowy, jest miejsce na nowalijki, rozsady, a potem pomidory. Wyznaczam i obsiewam grządki, które stopniowo się powiększają. 
Część już obsiana, część w przygotowaniu, część zaściółkowana
Prawie cały rzut na ogród

W ubiegłym roku próbowałam również uprawy w kostkach słomianych i na wałach. Jednakże tamten rok był u nas wyjątkowo ślimakowy, a zarówno kostki, jak i wały były idealnym środowiskiem dla tych żyjątek, więc uprawy zostały pożarte. Gdzie się dało musiałam ściągnąć również ściółkę, gdyż i ona przyciągała ślimaki. Przy okazji dowiedziałam się, że rośliny teoretycznie odstraszające ślimaki, zostały spałaszowane przez nie ze smakiem. Fakt, w ostatniej kolejności, ale jednak. Wszelkie ekosposoby, jak trociny, skorupki z jajek, ściółkowanie paprocią i in., były traktowane przez ww. jako drobna niedogodność, po której jednak przechodziły taranem.
Jakiś czas temu powstało kilkuarowe poletko doświadczalne, przeorane konikiem i obsiane mieszanką nawozów zielonych. Zobaczymy, czy i na ile poradzą sobie one z perzem i jak to będzie wyglądać jesienią. Z pewnością będę zdawać relację.
Dosadziliśmy także dobrze ponad setkę drzew i krzewów owocowych i miododajnych.
A! Przypomniałam sobie, że była jedna zaleta początkowego zaorania pola, zaskakująco - miała ona wymiar społeczny. Uznano lokalnie, że będziemy tu mieszkać "na poważnie". Nie przyczepiono nam więc łatki letników, bądź KRUSowców.

4. Sad i las. Wspaniały temat
Sad pełen starych jabłoni, grusz i śliw. Jabłka obradzają co dwa lata, za to z takim smakiem i siłą, że co kilka minut uderza w ziemie bajeczny owoc – podnosimy na dwa gryzy biegając pomiędzy zajęciami i upewniamy się za każdym razem, że jabłko to najdoskonalszy owoc świata, przewyższający mango czy inne papaje. A grusza, ta stara przed domem – tego smaku opisać nie sposób, tylko cholerne szerszenie dopadają wiele dorodnych sztuk jeszcze na drzewie. Latem wyciskamy na ręcznej prasie soki, nasze kolejne złoto. No i wreszcie śliwki, konfitury, naleweczki, no i beczki na bimberek nastawione!
Las (w naszym przypadku to gąszcz samosiejki) dał nam już opał, ogrodzenie pastwiska, przepierzenia dla zwierząt, rusztowania przy budowie kopuły, konstrukcję ganku i radość, wiele radości z pracy. Zima, mróz, para z ust, psy, piersiówka i piła – dzień doskonały.
  
5. Wrażenia i odczucia

Mieszkamy w naprawdę fajnym miejscu. Udało nam się też trafić na bardzo przyjazną społeczność. Pewnie plotkują jak wszędzie, być może trochę się wyśmiewają z naszych dziwactw, jednakże nigdy nie spotkaliśmy się z jakimikolwiek oznakami zawiści, nieuprzejmości czy chamstwa. Wręcz przeciwnie, ciągle jesteśmy czymś obdarowywani, w wielu przypadkach doświadczyliśmy tzw. pomocy sąsiedzkiej, nawet kilka usług, za które normalnie bierze się pieniądze zostały wykonane za free, za flaszkę, bądź na zasadzie, zapłacisz, jak będzie następna okazja.
Nie było jeszcze dnia, w którym żałowałabym, że tutaj jestem. Oczywiście, zdarza mi się psioczyć: na wiatry, które urywają głowę, na ciężką glinę w ogrodzie, na uparte kozy, na Bazyla, od którego co jakiś czas dostaję w dupę, chyba dla przypomnienia, kto tu jest szefem stada oraz bardzo często na własną głupotę. Ale to niczego nie zmienia, bo za chwilę i tak znajduje się przeciwwaga i mój stan upojenia trwa.
Z pewnością jest więcej pracy, niż się spodziewałam. Może nawet nie więcej, ale zwykle są to prace dłuższe niż zaplanowana godzinka czy dwie. A zaczętą pracę trzeba skończyć. Trzeba nauczyć się planować, a tutaj przede wszystkim uwzględniać pogodę i rytm, który wyznacza sama natura. Życie nie dzieli się na 5 dni roboczych i weekend, a lato nie jest czasem wakacji czy urlopu. 
Trzeba psychicznie przygotować się na porażki, bo "sukces" bardzo często nie zależy od nas samych, ale w dużej mierze jest uzależniony np. od pogody.
Wiele nauki jeszcze przed nami, bo i planów na przyszłość trochę jest. A każde przedsięwzięcie to naprawdę spora dawka wiedzy (również tej o sobie samym). Tak więc, przygoda trwa.
Gumno

17 listopada 2015

Notatka zdecydowanie jesienna.


Listopadowy widok z okna. Wschód słońca.


Krajobraz coraz bardziej rozmiękczony przez poranne mgły. Drzewa w większości straciły liście. Teraz wartę przejęły złociste modrzewie. Bywa też ponuro, mokro i nieprzyjemnie, co ma swoje liczne zalety.

U nas wykończeniówka posunięta na tyle, że udało się na powrót przenieść na zimę do kopuły. Dzięki studni głębinowej i podkowie w piecu, leci ciepła woda. Z kranu!
Po okresie noszenia wiader z wodą, a potem grzania garów na piecu, przyznam, że jest to dla mnie skok cywilizacyjny. Prawie taki, jak rok temu zimna woda z kranu. HA! Cieszę się z tego doświadczenia. Tutaj ludzie powiadają: Tak się dawniej żyło... Wiem, ale sama tego nie przeżyłam. A teraz już tak. Przyda się. W przyszłości mamy plany orynnowania czego się da, żeby zbierać deszczówkę.

Kopułka wytynkowana. W tym roku nałożyliśmy cztery warstwy gliny, w sumie (z ubiegłorocznymi) sześć. Ostatnia kolorystyczna glina z kredą poszła już pędzlem. Starczyło nawet zapału, żeby zrobić kręciołka. Choć przyznam, że gdyby nie wpadła Dorota, już machnęłabym ręką. A jej chciało się wyrysować szablon.

Milion razy wchodziła i schodziła schodami, żeby rzucić okiem z innej perspektywy. Poprawiała, mazała, wyrównywała to, czego wyrównać się nie da. No i efekt końcowy mamy taki:

Przyjemnie się żyje z kręciołkiem nad głową. Dzięki, Dorotko.
Poza tym K. skończył podłogi, tam gdzie nie zdążyliśmy w ubiegłym roku. Teraz już wszystko wycyklinowane, pomalowane. Można żyć.
Mnie została teraz wykończeniówka, czyli przede wszystkim domycie wszystkiego oraz urządzanie tym, co mamy. Niektóre rzeczy mają swoją drugą, a nawet trzecią szansę. Na przykład takie półeczki zrobił K.
Kiedyś dostaliśmy od Przyjaciół deski. U nich robiły za szalunek. Mieszkając w Beskidach zrobiliśmy z nich ramę pod materac. Teraz przyjechały na Podkarpacie i będą podporą dla literatury. Tym szalunkowym chyba się nie śnił taki awans.

Ale będą też nowości. Zamawiamy u znajomego stolarza blat do kuchni. Niestety w naszym przypadku nie wystarczy mu powiedzieć: Wiesz, taki 200x60 cm. Przygotowanie szablonu wcale nie było łatwe, ale powstał.
Stolarz podumał nad nim, podrapał się w głowę odrobinę tylko przeklinając pod nosem i powiedział, że zrobi.
Kopułkę na zimę mamy zabezpieczoną, chyba nawet lepiej niż w ubiegłym roku. Na wiosnę jeszcze TYLKO dach i będzie można przejść do następnych marzeń.

W tak zwanym międzyczasie trzeba było jeszcze zrobić przetasowania w schronach dla zwierząt. Owczarnię bowiem zajmowały kozy. Kozom zatem trzeba było na zimę przystosować część dawnej obory służącej do tej pory za magazyn rzeczy różnych. Udało się. A owce nie dość, że wróciły na dawne śmieci, to powiększone o dodatkowy metraż i dodatkowy paśnik. Chyba wszyscy zadowoleni z tych rozwiązań z wyjątkiem Berniego (capka), który dostał osobny boks i nie może na stałe molestować dziewczyn. Swoją drogą, odkąd mam capka, zrozumiałam skąd się wzięły te wszystkie obleśne zachowania i gesty panów wykonujących zwykle jakieś prace budowalno-chodnikowo-drogowe. Na szczęście w przypadku zwierząt wygląda to bardziej naturalnie, a nawet zabawnie.

Przy okazji tworzenia tymczasowej koziarni, musieliśmy się wybrać do lasu po żerdzie mające służyć za trzon konstrukcji. Nasz "las", to kilkunastoletni gąszcz samosiejki, którym nie było czasu się zająć, ale który stopniowo przerzedzamy, kiedy zachodzi potrzeba. Ponieważ nie mamy jeszcze żadnego wozu, traktora, ani innej siły pociągowej, musieliśmy sami przytargać owe żerdki. Całkiem były ciężkie, więc indiańska metoda noszenia ciężarów, opisana przez Szarą Sowę*, wydawała się najsensowniejsza. W skrócie polega ona na podzieleniu całego ładunku i przenoszeniu jak największych ciężarów na niewielkie odległości. Odpoczywa się wracając po następną porcję, którą przenosi się kawałek dalej itd. Podobno metoda ta daje lepsze efekty, niż noszenie mniejszych ciężarów bezpośrednio do celu.
Jak widać, korzystamy z wielu dostępnych tradycji. Wkrada nam się też jednak nowoczesność.
Czy sensowna, to się okaże w przyszłości. Nasza gmina dostała 90% dofinansowania na projekt: "Budowa mikroinstalacji prosumenckich". Trzydzieści parę gospodarstw było zainteresowanych, w tym my. Jak będą skonstruowane umowy z energetyką i jak to będzie w praktyce hulać, przekonamy się w najbliższym czasie. Do końca stycznia ma być zakończony cały proces rozruchowy.

I to chyba wszystkie nowości. Bo z pewnością nie jest żadną niespodzianką, że odkąd wyjechał K. dużo czasu spędzam u mechaników różnych. Samochody ZAWSZE to robią...
Ale pojawiła się przy okazji taka refleksja, że właściwie wszystkich fachowców potrzebnych do funkcjonowania gospodarstwa domowego mamy w zasięgu naszej wsi. Murarze, tynkarze, cieśle, stolarze, hydraulicy, spawacze metali różnych, specjaliści od prac ziemnych, mechanicy, naprawiacze AGD... A nie znamy jeszcze wszystkich "usługodawców". Jest to wygodne i społecznie bardzo rozwijające.

Dużo deszczu i spokoju na ten przedzimowy czas.

* Grey Owl - Pielgrzym puszczy.

13 września 2015

Notatka budowlana - reaktywacja. Vol. 1

Ostatnimi czasy ruszyliśmy w końcu z wykończeniem kopuły, bo preteksty, że upał, że wody brak straciły swoją moc. Presja psychiczna okazała się silniejsza. Zabraliśmy się do roboty. Przybył także nasz niezawodny Przyjaciel D., jako dodatkowy motywator. Przyjechał na dwa dni, został dziesięć. Prace posunęły się do przodu, a co najważniejsze - rozkręciliśmy się na dobre i teraz można już zasuwać od rana do wieczora.
Krokiem milowym było ściągnięcie z kopuły folii zabezpieczającej przed deszczem. Być może dlatego tak długo zwlekaliśmy. Miała objawić się prawda o stanie betonowej powłoki. Pomogło trochę nastawienie się na najgorsze, więc pęknięcia, w które swobodnie wchodziła ręka nie załamały nas całkowicie. Niestety temu zdjęć nie zrobiłam (widocznie emocje były większe, niż jestem w stanie przyznać), a szkoda, bo dokumentacja byłaby pełna. Największe rysy były nad drzwiami i południowym oknem, w najgrubszym miejscu ok. 3 cm szerokości, do samej słomy. Mniejszych pęknięć było dużo więcej. Dwa dni K. zacierał ślady ruchów kopułki zaprawą zmieszaną z klejem do styropianu. Największe rysy najpierw zaklejaliśmy gliną, a dopiero później zaprawą.
Kolejnym krokiem było założenie metalowego stelaża z bednarki.

Kluczowa jest obręcz nad oknami, która po dokręceniu śrub ma zatrzymać ewentualny ruch rozpychający. Reszta stelaża ma utrzymać tę obręcz w miejscu, które jej wyznaczyliśmy i nie pozwolić zsuwać się do góry. Są też założone siatki zbrojeniowe, aby siła nacisku bednarki nie była punktowa, lecz rozchodziła się szerszym pasem.
Wszystko zostało potem zaklajstrowane, wygładzone i prawie śladu nie ma.
W pasie podokiennym również prowadziliśmy działania zabezpieczające. Tutaj poszła zwykła siatka podtynkowa i dodatkowa warstwa betonu.
Mamy też już parapety zewnętrzne. Osadzone! Tę robotę wykonał pan Janek. Jest to jedna z nauk tej budowy - nie wszystko trzeba zrobić samodzielnie. Jeśli jest dostępny Człowiek, który się zna, a prawda jest taka, że lokalne dniówki nie drenują portfela, to można mu oddać część pracy. Człowiek robi to szybko, sprawnie, ma odpowiednie narzędzia, nie zadaje zbędnych pytań, nie główkuje niepotrzebnie (z tym czasami trzeba uważać i pogłówkować za niego), przy chudej kawce-zalewajce opowie ciekawe historie z życia i robota zrobiona w jeden dzień. Myślę, że nam zszedłby na tym tydzień. Dlatego też nie walczyliśmy na siłę o samodzielną budowę pieca, czy stawianie komina. Takie działania mają też wymiar społeczny. Dajesz pracę komuś z okolicy, wieść o budowie się rozchodzi, ludzie przychodzą oglądać i "podziwować" się. Poznajesz coraz więcej ludzi. Ludzie poznają ciebie i przekonują się, że to nie kosmici przyjechali, da się z nimi pogadać, a że stawiają dom z błota, no to trudno, w końcu mieszczuchy.
Dzięki Panu Jankowi od Parapetów my weszliśmy już do środka z tynkami glinianymi, bo na tym akurat lokalni fachowcy się nie znają (przepraszam, mamy pana Gienka, który w Niemczech robił tynki gliniane z sieczką.Użycza nam porad oraz różnych sprzętów, ostatnio rusztowania).
Długo zastanawialiśmy się na sposobem skutecznego mieszania gliny wykopanej za domem. W tym roku nie mamy już maszyny do tego. Jest oczywiście opcja udeptywania czy innego mieszania ręcznego, ale ponieważ dysponujemy obecnie tylko nogami K. i moimi czas obróbki materiału strasznie by nam się wydłużył. Poszliśmy na łatwiznę i z pobliskiej cegielni przywieźliśmy tonę niewypalonych cegieł (40 zł).
Po zalaniu wodą w cudowny sposób przybierają postać gotowej do dalszej obróbki paćki.
Problemem jest betonowy kolor tej gliny. Problemem dla nas, bo może ktoś lubi. Co ciekawe, są to te same cegły, z których mamy zbudowany piec w ładnych żółto-pomarańczowych, glinianych, kolorkach. Glina wydobywana jest z głębokości ok. 6-9 metrów i tlenki żelaza nie mają szans się utlenić, dopiero proces wypalania wydobywa z nich kolor, jaki przypisuje się cegle. Przynajmniej takie wytłumaczenie otrzymałam w cegielni. Glina ta jest dosyć chuda, więc do tynkowania dobra, a co najważniejsze już obrobiona, czyli: 1. przeciśnięta przez sita, 2. poszatkowana, 3. długo mieszana w wielkich kadziach. Samo oglądanie tych przedwojennych i działających nadal urządzeń robi wrażenie. Problem kolorystyczny rozwiążemy w ten sposób, że glinę z cegielni wykorzystamy do tynkowania jako warstwy wyrównująco-gładzące, a naszą glinę jedynie do ostatniej cienkiej warstwy kolorystycznej. Wtedy będziemy jej potrzebować stosunkowo mało i jakoś damy radę porządnie rozmieszać.
Szukałam metody rozjaśnienia naszej gliny, czyli czegoś, co nie będzie się z gliną się gryzło (wapno), będzie nadal eko, nie zrujnuje mnie i nada jej odcień o ton lub dwa jaśniejszy. Może czyta to ktoś, kto zna sposób? Ja do tej pory wymyśliłam dodanie do gliny sproszkowanej kredy piszącej. Tutaj próbki kolorystyczne. Na zdjęciu widać co widać, ale są to odcienie naturalnego pomarańczowo-beżowego koloru gliny (widoczny na obrzeżach).

Po kilku dniach glinowania, mamy już w miarę opracowaną technikę nakładania tynku i najbardziej przydatne urządzenia.
Z tego zdjęcia najbardziej przydatne są: 1. pędzel z wodą do namaczania ściany, 2. ręka do nakładania, 3. mała kielnia do wygładzania, 4. packa do podtrzymywania sobie kolejnej porcji gliny (choć ja używam do tego drugiej ręki). Na zdjęciu brakuje jeszcze zwykłej gąbki kąpielowej do zacierania i wygładzania ściany.

A! Mam jeszcze dowód, że nasza kopułka, w szczególności łazienka, jest w pełni zżyta z naturą.

Prawdopodobnie najbliższe 2-3 tygodnie, to zabaw w glinie ciąg dalszy. Gdyby ktoś chciał "pobawić się" również, to zapraszamy. Przy takiej robocie każda para rąk zmienia rzeczywistość, no i jakaś odmiana do pogadania...

Po przyszłym weekendzie natomiast wiercimy studnię. I za to proszę trzymać kciuki.

30 marca 2015

Notatka pozimowa

Sobota*. 5 rano. Szaro buro. Leje deszcz poganiany zimnym północnym wiatrem.
Ciepła kawa z przyprawami. Można bez wyrzutów zaniedbania posiedzieć przy komputerze.

Wiosna u nas jeszcze nie wybuchła. Raczej subtelnie daje znać, że jest, ale jak jej się spodoba, to może jeszcze jej nie być. Pączki na drzewach i owszem. Zawilce, miodunki i pszonki w lesie i owszem. Ciepłe, słoneczne dni zdarzają się. Ale w przewadze nadal kolory sepii.





Ponieważ pojawiają się pytania o kopułę po zimie, to dzisiaj chciałabym podsumować trochę ten i inne tematy.

1. Kopuła. Zimowanie przebiegało w nader przyjemnej atmosferze. Jest ciepła. To z pewnością jej niezaprzeczalna zaleta. Przez całą zimę nie było sytuacji, że pierwszą rzeczą, którą musiałam zrobić rano, to napalić w piecu. W cieplejsze lub mroźne, ale słoneczne dni zimowe paliło się dopiero od popołudnia.
Wewnątrz panuje dosyć fajny klimat. Nie za sucho, nie za wilgotno. Szybko uciekają zapachy np. z gotowania czy smażenia.
Antresola użytkowana jest głównie jako suszarnia. Jeśli był mus spania tam, trzeba było dosyć wcześnie zakończyć palenie w piecu, żeby dało się tam oddychać. Obecne wywietrzniki nie dają rady, trzeba się zastanowić nad dodatkowym systemem wentylacji.
O próbie obciążenia śniegiem właściwie trudno mówić, bo opady tej zimy jakie były, wszyscy wiedzą. W każdym razie, to co napadało szybko zsuwało się z kopuły, ale to raczej za sprawą folii.
Tynki gliniane wewnątrz popękały, głównie w miejscach styku gliny z drewnem, czyli tam, gdzie drewno doschło i się skurczyło. Tym się nie przejmujemy, normalne zjawisko, a i tak czeka nas jeszcze przynajmniej jedno tynkowanie wewnętrzne. Są też inne pęknięcia, od rogów okien w górę. Tym się przejmujemy, ale z histerią czekamy na wiosenne ściągnięcie folii zewnętrznej. Wtedy zobaczymy jak to wygląda po drugiej stronie.
Sam kształt okazał się dosyć przyjazny do mieszkania. Przestrzeń jest oczywiście do własnoręcznego zagospodarowania, bo standardowe meble, owszem wchodzą, ale nie da się nimi urządzić całości. No i nie ma jeszcze tych wszystkich szafeczek, schowków, półek, parapetów, czyli tego, co w normalnym domu użytkuje się w celu porozmieszczania różności.
To co udało mi się samej zrobić, szybko się zapełniło i przestało wystarczać.
Nasz wiosenny stolik wygląda zatem tak:
A wiosenne okno tak:
Tym ostatnim zdjęciem płynnie przechodzę do punktu drugiego:

2. Uprawy. A właściwie rezultaty zimowego ściółkowania. Wspominałam kiedyś, że przez zimę chciałam poeksperymentować z różnymi materiałami do ściółkowania. Kartony + liście + słoma/siano. Kartony + słoma/siano. Kartony + liście. Sama słoma/siano. Jak się łatwo domyślić, najlepsze rezultaty dało pierwsze rozwiązanie najbardziej urozmaicone. Same liście na kartonach wywiało. Słoma/siano, mimo dosyć grubej warstwy, pozwoliły na rozprzestrzenienie się "roślinności niechcianej".
Ale UWAGA: najlepsze z najlepszych są miejsca, gdzie przed ściółkowaniem były posiane poplony. Zdążyły one wyrosnąć i przekwitnąć. W moim przypadku były to gryka i facelia. Nie zbierałam ich, nie ścinałam, nie usuwałam tylko zaściółkowałam na to. Co prawda na zbiór gryki miałam ochotę, ale choć pięknie kwitła, obrodziła tak sobie.
Ubiegłej wiosny, kiedy mój obszar uprawowy, przeorany i skultywowany, zaczął gwałtownie zarastać, napisałam rozpaczliwego maila do Gorzkiej Jagody, w tonie: co robić??? Na grządki wzniesione nie miałam wtedy materiału, ale innym rozwiązaniem przez Nią podsuniętym było sianie poplonów. Kawałki, które udało mi się wykarczować, a które nie były wykorzystane pod uprawy, szybko zasiałam i zostawiłam. Jesienią przyłożyłam ściółką.
I proszę - widać gruzełki?:
Dla porównania ziemia z części nie tkniętej wcześniej ani uprawą, ani ściółką:
A nawet:
W tym roku robię też trochę wałów wykorzystując drobne gałązki, materiał z zimowego ściółkowania oraz to, co wyciągam z owczego schronu. Ciągle największym problemem jest dla mnie dostęp do ziemi, którą mogłabym przysypać te wały. Kompostownik nie wystarcza, a ziemia ze ścieżek pomiędzy się nie nadaje, bo to lita glina.

3. Hodowla.
U nas to tylko kury i owce. Kurki mamy cztery + Blondyn, z czego trzy od stycznia niosą jajka - pyszne i dorodne, a jedna się zastanawia. Co kilka dni znosi żółtko w samej błonce. Jakieś pomysły? W tym roku chciałabym dokupić jeszcze ze trzy-cztery kurki, bo Blondyn zaczął sprowadzać sobie kury od Sąsiadów. Codziennie rano biegnie do nich przyprowadza kilka kurek i wieczorem odprowadza. Hmmm
Owieczki urodziły już wszystkie. W sumie z czterech matek mamy sześć maluchów. Cztery owieczki i dwa baranki. Porody odbyły się poza mną. Co jakiś czas przychodziłam i znajdowałam nowe czarnuszki.
Pastwisko jeszcze nie ruszyło pełną parą, więc owieczki nadal dokarmiane są sianem i smakołykami (jabłkami i marchewką), choć oczywiście największym rarytasem jest suchy chleb.
Tutaj dzieciaki Kingi - Kwieta i Kozłek.
Ponieważ Hildegarda jest wyjątkowa, to i maluchy od niej są inne. Baranek ma białą plamę na głowie i na imię Helios, a owieczka Hera jasne końcówki pyszczka i uszu oraz brązowe kolanka. I niby jest czarna ale widać, że przy samej skórze wełenka jest jasna.





A tutaj jeszcze inne moje zwierzęta. Niehodowlane. Ale chyba "moje", bo przychodzą codziennie, a psy przestały zwracać uwagę.
Życzę Wszystkim przedświątecznej Nadziei, poszanowania zawartości święconych koszyczków oraz pogody ducha (bo ta zewnętrzna ma być podobno taka sobie).

* Tekst powstawał kilka dni dzięki licznym atrakcjom związanym z wirusem żołądkowym. 

4 grudnia 2014

Notatka o myciu okien

Nie jest to pierwszorzędne wydarzenie w moim życiu, ale ponieważ zrobiłam to ponad miesiąc od wprowadzenia - fakt odnotowuję - umyłam okna po budowie! Nie jakoś nachalnie, o tyle żeby mnie nie drażniły w słoneczny dzień, a odporność mam dużą... ale wczoraj świeciło słońce.
W "normalne" dni, czyli szarobure, trochę się snuję, robię rzeczy wyłącznie niezbędne lub przyjemne. A dla mnie to: rąbanie drewna i zwożenie go do domu - raczej niezbędne. Karmienie zwierząt i ptactwa domowego - i niezbędne i przyjemne. Gadanie do zwierząt i ptactwa domowego - tylko przyjemne. Spacery z niektórymi zwierzętami - tylko przyjemne. Karmienie Małej M i siebie - i niezbędne i przyjemne. Robienie różnych ciekawych rzeczy z Małą M - tylko przyjemne. Powolne przystosowywanie kopułki do życia - i niezbędne i przyjemne. Oddawanie się czystym przyjemnościom, jak czytanie lub dłubanina jakaś - wiadomo.
Mała M często mówi: Ale mamy fajne życie, Mamo, co? Faktycznie, jak teraz popatrzyłam na ten spis z natury... Nawet to niezbędne rąbanie drewna lubię, tylko ostatnio mój kręgosłup nie bardzo. Naprawdę mamy fajne życie. Do pełni szczęścia brakuje nam K., ale i on za chwilę będzie...na chwilę.

A tak bardziej szczegółowo, to w cieplejsze dni przykrywam jeszcze w ogrodzie co się da. Głównie wykorzystuję liście z lasu i słomę. To akurat mam pod ręką i w miarę pewne. Ściółkuję w różnych konfiguracjach. Karton+liście, karton+słoma, sama słoma, same liście, mieszanka słomy i liści. Ciekawa jestem, co u mnie sprawdzi się najlepiej. 
 Jak wyglądają obecnie drzewa owocowe, każdy wie, ale jedno u mnie wygląda nadal tak:
Na spacery z psami zabieram sobie worek, dwa i nie wracam z pustymi rękami. 
 
Droga z lasu wiedzie przez pastwisko, a tam już biegną zobaczyć! Już sprawdzić czy sianodawczyni przyniesie coś nadającego się do zjedzenia.


Po ostatnim wpisie Gorzkiej Jagody zaczęły mi się lęgnąć w głowie nowe pomysły w rozplanowaniu ogrodu. Miałam się tym zająć PO Nowym Roku, ale ten impuls już się zagnieździł i kiedy mam zajęte tylko ręce, rysuje mi w wyobraźni fantastyczne obrazy.

Kurom na zimę poprawiłam miejsce bytowania. Nie jest to tradycyjny kurnik raczej coś w rodzaju woliery. Osiatkowany kawałek dawnej obory murowane.j Taki 2x2,5m. Poprawka polegała na dołożeniu kawałka siatki, tak żeby sięgał do sufitu, bo wcześniejsze 1,5m przefruwały bez problemu rozłażąc się po całej obórce, ozdabiając ją sowicie swoimi kupami, a nam obórka służy jeszcze za składzik różności, więc był konflikt interesów. Na obcinanie skrzydeł się nie zdecydowałam, bo straaaasznie lubię kiedy "lecą" do mnie z jakiegoś odległego zakątka ogrodu na wołanie cip-cip-cip. Mam nadzieję, że nie będzie im zbyt zimno w tej wolierze. Na razie chodzą sobie jeszcze swobodnie, ale mają cały czas otwarte wejście do siebie, więc mogą się w razie czego schować. Zamykam, kiedy się mroczy.
Podobnie i owce. Te z kolei mają wydzielony kawałek stodoły, tak zwanego boiska. Na wyposażeniu paśnik na sianko i dostęp do wody. Ale małe drzwi są na stałe otwarte na pastwisko. Mogą się schować, kiedy chcą. Na razie przychodzą tutaj głównie na jedzenie. A dnie i noce spędzają na pastwisku. 
Chciałam im zrobić zdjęcie przy paśniku, ale się nie da, bo kiedy tylko wchodzę do stodoły, robi się kłębowisko przy wejsciu.
Przeżyłam niedawno akcję "odrobaczanie". Weterynarz dał mi roztwór, który miałam im podać strzykawką do pyska. Coś tam bąknęłam, że nie wiem czy dam radę, ale nie wyrywał się do pomocy, a mnie było głupio poprosić. Pomyślałam - raz owcy śmierć - i poszłam TO zrobić. Naprawdę żałuję, że nikt tego nie nagrał, miałabym pamiątkę do śmiechu na stare lata. No wyglądało to tak komicznie, jak tylko komicznie może wyglądać kompletnie niedoświadczona laska próbująca podać na siłę do pyska zwierzętom coś czego nie chcą. Opuściłam kojec na tarczy, trochę poobijana, bo Bazyl w końcu się wkurzył i podjęłam ostatnią próbę podania leku przez barierkę. I co się okazało? Trzy na pięć przyszły same i z zainteresowania WZIĘŁY STRZYKAWKĘ DO PYSKA, a ja tylko myk, wcisnęłam lek. Dwóm musiałam pomóc przytrzymując za rogi (jakże byłam wtedy wdzięczna za te rogi:)), ale to już naprawdę było proste.

Napisałam też ostatnio książkę... podyktowaną mi przez Małą M, która jeszcze niepiśmienna, co nie znaczy, że nie ma twórczych potrzeb. Kaliber z tych grubszych. Tytuł: "O Panu Bogu". Zdziwiłam się, bo głównie przerabiamy teraz tematy okołoksiężniczkowe. Widocznie jednak metafizyka męczy młodą główkę. Treść skupia się na przygodach różnych dziewczynek, które były w niebie, ale Pan Bóg znajduje im rodziców i wysyła na ziemię i tam się spotykają ze sobą i razem bawią. Ale czasem, kiedy Pan Bog wyśle za dużo dziewczynek na ziemię, to mu smutno się robi i dlatego zabiera którąś z powrotem do siebie. 
Uhhhhhh
Nie unikamy w rozmowach tematu śmierci, jednak nie jest to tłumaczenie, które podałam jej na tacy. A może nie chodziło o śmierć? Przypomniało mi to jednak dawno temu czytane opowiadanie I.B. Singera o umierającym aniołku, którego śmierć jest jednoczesna z narodzinami dziecka na ziemi.

Życzę dobrych myśli, ciepłego kąta i w ogóle: "fajnego życia":)

P.S.
Przepraszam za jakość zdjęć, ale przez chwilę zapomniałam, że lepsze jest wrogiem dobrego i skusiłam się na smartfon, łudząc się, że będę miała dwa w jednym. No i mam, ale ani to telefon dobry, ani aparat...