przy-ziemne

przy-ziemne
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hodowla. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hodowla. Pokaż wszystkie posty

30 maja 2017

Notatka od-ZWIERZĘCA

Dzisiaj oddaję cały wpis naszym zwierzakom. Niektórzy przedstawiciele swoich gatunków dali nam możliwość pokazania, jacy są piękni.

Podczas codziennych obowiązków okołozwierzęcych dużo do nich gadam, czasem nakrzyczę, przytulam się, miziam, czochram, wyczesuję, robię przeglądy futer, piór, odnóży itd.

Ale bardzo rzadko zdarza mi się tak po prostu je podziwiać.
Oto wybrańcy:

Piorun
Feliks
Gołąbka
Junior
Różyczka
Magda
Vanilia
Staś
Saba
Biegus
Biegunka
Pepita (imię zapożyczone od niegdysiejszej kury Tupai:))
Wacław
Barwinka
Hidegarda
Jastrząbka
Jastrząbka 2 x

Do studia fotograficznego w stodole nie dała się wprowadzić Hopka - nasza jałówka-jerseyka, która jest totalnym przeciwieństwem stereotypu spokojnej, łagodnej, melancholijnie przeżuwającej krowy.

I o dziwo, choć wydawało się, że koty będą najłatwiejszymi modelami - odmówiły pozowania. Pokażę je przy innej okazji, w innym anturażu.

Za zdjęcia i zorganizowanie studia fotograficznego dziękuję d.z.

20 lipca 2016

Notatka o rutynie i zmianach

Niby rutyna i powtarzalność, ale cały czas coś się zmienia. Właściwie nie ma dwóch takich samych dni. Do zwyczajowych zajęć cały czas doskakują jakieś nieprzewidziane sprawy, które też trzeba objąć swoją uwagą, poświęcić im czas. Szczególnie, kiedy otaczają cię żywe stworzenia. Każde ma swój charakter, a czasem charakterek. Mają też pomysły, niektóre zaskakujące. Z naszych zwierząt najwięcej niespodzianek i, co tu ukrywać kłopotów, produkują kozy. Nie darmo tradycja łączy je z diabelskim pomiotem. Prawda jednak jest taka, że tak samo wkurzają, co i fascynują.
W kwietniu kwitły tarniny
W maju na prowadzenie wyszły głogi
Zajęć mamy sporo. Trzeba pilnować, żeby nie dać się zwariować. Bardzo łatwo popaść w spiralę trudu i znoju. Permanentnego zmęczenia, narzekania.  Trzeba umieć odnaleźć miejsce na radość z tego życia, które sobie wybraliśmy. Czasami dopada zwątpienie. Pojawiają się pytania o sens. Dobrze, że się pojawiają, bo można po raz kolejny przemyśleć wybory i decyzje. Zwolnić, uświadomić sobie dlaczego tu jesteśmy. Ale kiedy zwalniamy, pojawiają się podstępne wyrzuty sumienia, że tyle jeszcze do zrobienia! Złapaliśmy już inną perspektywę - jeszcze jakiś czas temu działania, które zajmowały cały dzień, teraz nazywamy obijaniem się:) Bywają takie dni, że pracując od rana do wieczora - masz poczucie obijania się. Trzeba wziąć nowy rozpęd!
Zanim wezmę - może uda mi się skończyć tę notatkę, która powstaje od ponad miesiąca. Niektóre rozpoczęte wątki już się zdążyły się przeterminować. Sporo się dzieje i często myślę, że O! muszę o tym napisać, bo to fajne... a potem czas ucieka i na koniec powstają takie notatki-kobyły, jak ta właśnie.
Piszesz? Nie piszesz - to daj coś do dzioba
W czerwcu trawa zarastała w takim tempie, że rano było już zupełnie inaczej niż wieczorem dnia poprzedniego. Nie wyrabialiśmy z koszeniem....Przy czym nie mówię o sianokosach, tylko utrzymaniu tego hektarka "koło domu". Kosimy kosą ręczną i kosiarką spalinową. Kosiarzem ręcznym jest K. - ładnie mu to już wychodzi i równiutko. Kosi kosą tam, gdzie nie daje rady wjechać spalinówka, czyli na większości terenu.. Jedynym problemem jest czas. Trawa rośnie szybciej, niż udaje się kosić.
Spalinówką jeżdżę sobie po trawniczkach, tam gdzie równiej - ale też nie jest tego mało. Nie przypilnowałam kawałka i już tam nie wjadę, bo trawy za dużo. Urosła znienacka...
Sad wyglądał pięknie tej wiosny
Sianokosy toczyły się swoim torem i odbywały na raty. Prawda jest taka, że jeszcze rok temu były prawdziwym wydarzeniem i daniem głównym, a teraz dzieją się gdzieś pomiędzy innymi sprawami, których ciągle przybywa i rozrastają się jak ta trawa po deszczu. Pogoda bywała u nas nieprzewidywalna. No bo żeby przyszła nagła burzowa i zlała skostkowane siano??? Zwieźliśmy je i dosuszaliśmy na specjalnej konstrukcji. Zakrywając foliami na noc i przed ewentualnym deszczem. Było z tym sporo zachodu, bo trzeba było przekładać, odwracać itd., ale kila upalnych dni załatwiło sprawę. Zmarnowało się trochę z tych, które były luzem rozłożone w stodole. Zaczęły gnić w środku i trzeba było wyrzucić. Dobrze, że to tylko część. Przy sianokosach ustalił się już zwyczaj pomocowy z Sąsiadami dolnymi, że my im pomagamy przy zwożeniu i rozładowywaniu, zaś oni nam. Praca się wyrównuje, my dopłacamy za paliwo do traktora.

Jabłonie pięknie kwitły wiosną - teraz kuszą już obietnicą zbiorów obfitych. Przymierzamy się w tym roku do tłoczenia soków w ilości "na zimę" dla siebie i znajomych. Prasę do tłoczenia mamy. Problemem zawsze było odpowiednie przygotowanie pulpy jabłkowej do tłoczenia. Maszynka do mięsa przy takich ilościach trochę nas osłabiała. Liczne próby i dywagacje doprowadziły nas w końcu do rozdrabniarki do gałęzi. Robi swoje jak należy. Pomalowana już emalią do zbiorników na spożywkę czeka na dojrzałe jabłka.
Na brzegu sadu stanęły ule. Odkąd jesteśmy na wsi, K. odgrażał się, że będzie się zajmował pszczelarstwem. W końcu jeden nasz znajomy podarował K. trzy ule - przypadek sprawił, że słomiane:)
Mieliśmy do nich zakupić pszczele odkłady, ale pewnego dnia zadzwonił sąsiad, że: kur.....a, kur....a, pszczoły mu się roją! I tak jednego dnia dostaliśmy jedną rójkę, a następnego drugą. Było przy tym trochę przygód - pszczoły w nastroju rojowym - postanowiły osiąść na naszej najwyższej jabłoni, następnego dnia próbowały w kilku innych miejscach - koniec końców mieszkają już w ulach i pracują dzielnie. Otwiera się przed nami kolejny fascynujący świat. Naprawdę fascynujący i wciągający świat zbiorowej inteligencji. Przy tej okazji polecam dla początkujących pszczelarzy, szczególnie, którzy mają dzieci książkę Piotra Sochy "Pszczoły". K. trafił też na ciekawy film dokumentalny z pięknymi zdjęciami: More than honey. Do znalezienia z polskimi napisami w odmętach internetu.



Dzieciaki owcze i kozie rosną. Od jakiegoś czasu udaje się już doić mleko kozie, więc i produkcja serków ruszyła. Z dwóch kóz, które nie są mistrzyniami mleczności faktycznie wychodzą serki, a nie sery. Ale dzielnie próbuję eksperymentować z serami podpuszczkowymi - wychodzą w różnym typie i całkiem smaczne. Ciągle jednak w większości są wynikiem przypadku. Kiedy uda mi się kilka razy pod rząd uzyskać ser taki jak zamierzałam przystępując do warzenia, będę mogła mówić o umiejętności:)

Owce wystrzyżone. Tym razem udało się już w maju przygotować je na sezon letni. Akcja rozłożona na trzy dni. Maszynka elektryczna, którą mamy drugi sezon - i nie była najtańsza - rozpadła nam się w rękach. Ostatnie kilka sztuk strzygliśmy nożyczkami. Zwykłymi. Owce się przy tym mniej stresowały i wynik jest taki, że po nożyczkach wyglądają lepiej niż po maszynce. Mają mniej zranień, a czasowo wychodzi tylko dwa razy dłużej.

Kaczka bieguska siadła na jajach. Kilka dni później pozazdrościła jej druga i też siadła. Zdezorientowany kaczor kręci się w pobliżu i stara się chronić swoje dziewczęta przed wszystkimi - głównie przed kurami. Dochodzi do karczemnych awantur. Po jednej z takich bójek brązowa kurka również wycofała się w spokój i ciszę gniazda z jajami. A kilka dni później następna.Zobaczymy, co tu się będzie działo za kilka tygodni...
UPDATE:
Pisklaki spod jednej kury już się wykluły, druga siedziała na niezapłodnionych jajach, gdyż w międzyczasie umarł mi Feluś - kogut nad kogutami. Jednego dnia było dobrze, a następnego przesiedział już skulony i nie chciał nic jeść, ani pić i rano się już nie obudził. Okazało się, że te kilka dni jego nieobecności wystarczyło, żeby z jaj nic nie wyszło. Nie wiedziałam tego. Zakupiłam dwa młode kogutki, z których docelowo chcemy zostawić sobie jednego. No i dostałam całkiem niedawno dziesięć kurek, pięknych trzylatek. Są u mnie od ponad trzech tygodni. Zawładnęły kurnikiem od pierwszej chwili. Jeśli znoszą jaja, to jeszcze nie odkryłam gdzie.
Bieguski z 11 jaj wysiedziały jedną kaczusię, którą się nie zajmowały i została zadziobana przez poniższą kwokę. Taki mam domysł, gdyż raz przyłapałam ją na ataku. Interweniowałam i miałam naiwnie nadzieję, że to jednorazowa akcja. Tutejsze gospodynie radzą, żeby jednak kacze jaja podkładać kwokom.
Nigdy nie wyjdę z podziwu, że kilkanaście młodych zbójców jest w stanie zmieścić się pod taką kwoczką.
Ogrodem zajmowałam się mniej więcej do połowy maja. Teraz z braku czasu po prostu rośnie. Przechodząc wyrywam zawsze jakieś większe chwasty, ale elegancko nie jest - nie ma co ściemniać.



Tam, gdzie ściółka grubszą warstwą, kury rozgrzebywały mi mocno młode siewki i sadzonki. Teraz, kiedy wszystko podrosło już dały spokój. Wkurzam się na nie i cały czas się zastanawiam, co lepiej grodzić, ogród czy kury i nie mogę się zdecydować. Na razie sytuacja puszczona luzem i z bólem, ale godzę się na poniesione straty. Pocieszeniem jest, że widocznie toczy się tam bujne życie, skoro tak chętnie grzebią.

Pierwsze moje truskawy! Były pyszne. Reszta poszła na przetwory.
Tak czy inaczej zbiory jakieś już są. I to takie przyjemne ciągle, że można sobie wyskoczyć do ogrodu i ciachnąć coś z niego na obiad.
Samosiejka nagietka i rukoli. W tle dynie na kupie skoszonej trawy ubiegłorocznej, przywalonej obornikiem, przykrytej jeszcze słomą i przyprószonej ziemią.
Wczoraj K. wysłany po koperek wrócił i obwieścił, że mamy tam cały supermarket! (Lubię Go za ten dziecięcy entuzjazm:)) Prawdą też jest, że dawno nie odwiedzał warzywnika, bo jesteśmy w trakcie kolejnej budowlanki. Tym razem stajenka ma stanąć na miejscu dawnego tzw. garażu. 
Żeby rozebrać "garaż", musieliśmy dobudować w stodole antresolę - no bo co zrobić z nie-wiadomo-kiedy-potrzebnym złomem z garażu? Segregowanie złomu na "do wyrzucenia" i  "na pewno się przyda", przenoszenie go, potem rozbiórka, oczyszczanie pięknych starych desek i belek z pordzewiałych gwoździ - trwało to wszystko kilka dni. Garaż rozebrany, wykopki zrobione, woda podciągnięta, wylewki zrobione. No i ruszyliśmy. Chcemy odwzorować styl pozostałej części stodoły, czyli filary z betonowych pustaków z drewnianym wypełnieniem.

No to działamy!
Łaskawej pogody dla Wszystkich działających, jak i oddających się zasłużonemu wypoczynkowi.

Aha, donoszę, że marzenia się spełniają! 
W czerwcu obchodziłam urodziny, a to urodzinowy prezent dla mnie.
Przedstawiam Hopkę:
Imię Hopka jest kombinacją angielskiego hope i hopsasania, bo nasza cielisia bardzo lubi sobie poskakać:)
Hopka jest ulubienicą wszystkich, garnie się do przytulania strasznie. W końcu jest dzieckiem. Chodzi za nami (niestety, głównie za K.) jak pies. Mieszka z kozami, no w osobnym boksie, ale się widzą - gadają jakoś ze sobą. Pastwisko jednak dzielą również z owcami. Obserwuję, jak Hopka próbuje naśladować zachowania jednych i drugich. Na razie nie może się zdecydować czy jest kozą czy owcą, a może i kozłem... Ma czas na dorosłość i na odkrycie swojej prawdziwej tożsamości.
No to pa!

28 kwietnia 2016

Notatka na dwa latka


Mijają właśnie dwa lata, od kiedy na stałe zamieszkaliśmy tutaj. 


Niedawno Brat zapytał mnie o podsumowanie tego czasu, o rozbieżności pomiędzy wyobrażeniami a rzeczywistością i ogólne odczucia co do życia, które sobie wymarzyliśmy, początkowo w teorii.
Dla przypomnienia, wcześniej spędziliśmy kilka lat na wsi, ale na wynajmowanym kawałku ziemi z domem. Bez żadnych hodowli, jedynie z małym ogródkiem eksperymentalnym. Mimo poczucia tymczasowości był to czas nie do przecenienia. To wtedy zaczęliśmy przesiąkać ideą życia na wsi na stałe. Wtedy mieliśmy czas odkrywać, głównie internetowo, różne rodzaje ekologicznych upraw i budownictwa. Był to również początek nauki, żeby nie powiedzieć nowy fakultet, życia sąsiedzkiego, praw, którymi rządzą się małe społeczności, znaczenia barteru i innych przydatnych umiejętności oraz wiedzy o życiu, których się nie ma żyjąc w mieście.
No i w dużym stopniu był to również czas poszukiwania "naszej" ziemi.
Odkąd jesteśmy tutaj udało się zrobić parę rzeczy, a przy okazji popełnić trochę błędów. Może ubiorę to w jakieś punkty, będzie mi to łatwiej opisać.
Po raz pierwszy czynny udział przy powstawaniu notatki brał K. Trochę mnie korygował (technicznie), trochę dodawał od siebie. Ciekawe, czy te Jego fragmenty będą rozpoznawalne:)

1. Sprawy mieszkaniowo-bytowe

Kupiliśmy gospodarstwo ze starym domem i stodołą. Stodoła nowsza (początek lat 70.) z domurowaną obórką. Dom drewniany w złym stanie, mocno spróchniały, bez wody, łazienki - za to z gazem i wspaniałą ceglaną piwniczką pod kuchnia. Wedle moich mojej opinii nie nadawał się do zamieszkania, ale w końcu w nim zamieszkaliśmy. Jak to się stało opisałam TUTAJ. Pierwszego lata podjęliśmy się budowania kopuły ze słomy i gliny. Udało się, nie bez problemów (historia budowy jest opisana w "notatkach budowlanych"). Mieszkamy w niej teraz. Budulec słomiano-gliniany ma potencjał, natomiast nie sprawdza się w przypadku naszej kopuły, bez względu na to jakim tynkiem byłby pokryty i jakim preparatem zabezpieczony, gdyż nie da 100% pewności co do wodoszczelności (mikropęknięcia na pracującej na wietrze kopule) i wystarczającej dla słomy oddychalności, co zapewnia tylko glina. W tym roku będziemy robić dach, którego miało nie być i dlatego miało być fajnie i tanio. A dach na kopule nie jest prostą sprawą, więc będzie niezbyt fajnie i drogo. Poza tym w kopule mieszka się bardzo przyjemnie i ciepło, choć góra czasem zamienia się w saunę nie do życia – nie bez kozery w kopulach zawsze powinno przewidywać się (nie przewidzieliśmy!) możliwość dodatkowego wietrzenia na piętrze, bo tam właśnie ulatuje cale ciepło, a co dopiero w słombalu!. Okrągłe kształty, oprócz uciążliwości przy ustawianiu mebli, dają jakąś pozytywną atmosferę. Z obecnym doświadczeniem, nawet gdybyśmy zostali przy okrągłym kształcie, to założenia byłyby już inne. Przede wszystkim nie kopula tylko dom ze zwykłym dachem na krokwiach, normalne betonowe, choć punktowo osadzone fundamenty, a nie worki z piaskiem, a na zewnątrz gliniany lub gliniano-wapienny tynk, a bez dodatku cementu, ukryty pod wypuszczonym dachem.  
Przy okazji budowy kopuły, zrobiliśmy też oczyszczalnię korzeniową, w którą wpięty jest na razie system kanalizacyjny z kopułki, a w przyszłości będzie również obsługiwała Dom. Od jesieni ubiegłego roku mamy w kopule normalny system wodno-kanalizacyjny z podkową w piecu jako systemem ogrzewającym wodę zimą. I od tego czasu nasze zużycie wody jest na poziomie normalnego gospodarstwa domowego, oczyszczalnia też zaczęła działać w miarę poprawnie. Wcześniej, kiedy była pompowana jedynie zimna woda, a ciepłą trzeba było grzać na piecu w garach, zużycie było dużo mniejsze i dla oczyszczalni naszej wielkości nieco za małe. Przy takiej oczyszczalni trzeba brać pod uwagę realne zużycie wody, a my budowaliśmy przyszłościowo z wizją wpięcia do niej drugiego domu.
Gdyż to stary domek drewniany ma być Domem docelowym. Być może uda się częściowo go uratować, a resztę dobudować. Na razie nie mamy kasy i mocy przerobowych na rozpoczęcie prac przy Domu, gdyż w tym roku muszą powstać domy dla zwierząt. Obecnie są poupychane gdzie się da. Co też ma swoją zaletę, bo poznaliśmy już różną naturę tych naszych stworzeń i teraz już wiemy jak dopasować do nich te domostwa , np. że kozy muszą mieć dosyć pancerne boksy, z przemyślnym zamykaniem. Zwykłe haczyki tylko je rozśmieszają:)
Od ponad miesiąca działa też u nas system fotowoltaiczny. Nasza gmina dostała preferencyjne dofinansowanie na poziomie 90% kosztów inwestycji (czyli 82% po uwzględnieniu podatku;). Jesienią zostały zamontowane panele, a wiosną nastąpiło podpięcie całej instalacji. W tym momencie jest to etap rozruchowy. Możemy obserwować ile zużywamy prądu, ile produkujemy, a ile pobieramy od elektrowni. Wygląda na to, że przy takim ogromnym poziomie dofinansowania jest to jeszcze w miarę opłacalne i pozwoli zaoszczędzić ok. 50% kosztów energii elektrycznej, natomiast pewność będziemy mieli po pierwszych rachunkach, gdyż umowa jest tak skomplikowana i wewnętrznie sprzeczna, że aż tajemnicza – widać temat nowy dla wszystkich, prawo nie dostosowane, a EU ciśnie i kasę daje, wiec naiwnie byłoby odmówić. Zysk pozostaje u producenta paneli i osprzętu, u firmy montującej, my zaś jesteśmy beneficjentem i zasłoną dymną jednocześnie, a stratnymi reszta europejskich podatników, którzy na dofinansowany panel się nie załapali. Ekologia? Cóż, chyba nie aż taka jak „kobyłą do lasu po suche patyki”, jak mawia sąsiad.     
Drugiego lata wyschła nam studnia. Mieliśmy już za sobą dwa nieudane wykopy z nadzieją na wodę pod własnym ciśnieniem oraz próbę pogłębienia istniejącej studni, w końcu zdecydowaliśmy się na wiercenie studni głębinowej. Na razie hula bez zastrzeżeń.

Przy okazji spraw budowlanych jeszcze raz ukłonię się w stronę różnych darczyńców, dzięki którym otrzymaliśmy wiele używanych sprzętów: okna, drzwi, schody, zlewy, umywalki, szafy, stoły, częściowo również AGD - wszystko jest już w używaniu lub czeka na swoją chwilę. Jak również tym wszystkim, którzy na różnych etapach pomagali nam w budowlance. Było nam dużo łatwiej i fizycznie, ale chyba przede wszystkim psychicznie - dzięki.

2. Hodowle

To jest bardzo przyjemny temat. Zwierzęta przynoszą ogromną radość, ukojenie, nadają fajny rytm dnia. Rutyna? Być może, ale taka pozytywna. Nie dają szansy na gnuśność, ani osiadanie na laurach. Nieustannie trzeba się przy nich uczyć, być czujnym.
Pierwsze w gospodarstwie pojawiły się kurczęta. Moja Przyjaciółka, Jola przyjechała w odwiedziny do nas z rodziną oraz pudełkiem małych kilkudniowych kuleczek, które wysiedziała dla nas jej kwoczka. Kilka z tych kurek jest u nas nadal, jedna w ubiegłym roku również została matką:) Wiele się zmarnowało, bo lisy, jastrzębie, kuny, psy itd. Kury mają nieograniczony wybieg, co ma swoje liczne zalety, ale też ww. wady.

Następnie z odległej Doliny Baryczy przywieźliśmy owce. Piękne, wspaniałe Wrzosówki rogate, z którymi zechciała się rozstać Rogata Owca. Tak naprawdę owiec początkowo nie było w planie, ich idea pojawiła się na bazie lekkiego wkurzenia. Musieliśmy latem skosić ponad hektarową łąkę za domem. Próbowałam znaleźć chętnych na siano z tej łąki, ale się nie udało. Siano dobre, różnorodne, szkoda, żeby się marnowało, a sama łączka też idealna na pastwisko. Od jakiegoś czasu podczytywałam już bloga Rogatej, no a nie sposób nie ulec magii Jej opisów tych stworzeń:) Pierwszy rok hodowli owiec, to były tylko przyjemności. Obserwacja ich zwyczajów, uczenia się. Pierwsze wiosenne wykoty bezproblemowe. Karmienie, pielęgnacja - sama radość! No może strzyża była nieco męcząca, ale pierwsze koty za płoty, ostatecznie się udała. Na fali takich "sukcesów" dokupiliśmy jeszcze kilka sztuk. Obecnie nasze stadko to 12 dorosłych owiec plus tryk Bazyl, ojciec tegorocznej młodzieży i dzieciaków. Wykoty zaczęły się w tym roku pod koniec stycznia i trwają do dziś, czekamy jeszcze na trzy owce. Tym razem nie obyło się jednak bez problemów. Doświadczyłam śmierci maluchów, które urodziły się z mnogiej ciąży i były zbyt słabe, żeby dalej żyć, odrzucenia zdrowej owieczki przez matkę pierwiastkę (malutka jest na butelce, daje nam kupę radości, jest atrakcją dla wszelkich odwiedzających, bo przybiega na wołanie i jest strasznie towarzyska, no i chodzi z nami i psami na spacery - ładnie trzyma się nogi:)) Zdarzyły nam się również trzy porwania jednodniowych jagniąt, które znikały bez śladu. Podejrzewane na początku lisy i jastrzębie okazały się niewinne, gdyż sprawcą złapanym na gorącym uczynku okazał się nasz własny pies, Stasinek. Ukochany pies, który był aniołem dla wszelkich istot żywych. Do tej pory przyjaźni się z naszą kotką, nigdy nie próbował polować na kury, koty, kaczki owce, ani kozy. Nawet saren, zajęcy i bażantów nie goni. Trudno domyśleć się jaka klapka w mózgu mu się uruchomiła na zapach świeżo narodzonych jagniąt, ale jednak... Porywał, uśmiercał i zakopywał przy pobliskim opuszczonym gospodarstwie.

Ubiegłego lata zakupiliśmy też dwie kozy i kozła karpackiego. Kozioł rasowy z papierami, a kozy białe, jedna w typie karpackiej, druga po prostu biała. Chcieliśmy pójść w kierunku hodowli kóz karpackich, bo pasowały do naszych owiec. Stara rasa, odporna na warunki i choroby, jakby stworzona, żeby żyć na pogórzach. W tym momencie po wielu rozmowach z różnymi hodowcami (z których każdy swój ogonek chwali), wychodzi z międzywierszy, że z kozami, podobnie jak z psami - najlepsze są mieszańce. Gdyby ktoś chciał dorzucić tu swoje doświadczenie, będę wdzięczna. Kiedy kupowaliśmy kozy, były już wykocone i dawały mleko. Trzeba było z dnia na dzień nauczyć się doić. Przy pierwszej kozie, była właścicielka pokazała mi na łące jak się doi, spróbowałam kilku pociągnięć i jakoś poszło. Szczęśliwie pierwsza koza, to ocean spokoju, stała cierpliwie i wybaczała wszystkie błędy. Druga ma już zupełnie inną naturę i zupełnie inne wymionka, początkowo trzeba ją było doić w dwie osoby. Kozule w tym roku urodziły własne maluchy, mleka jeszcze niewiele, ale rano udaje się już coś zdoić. Posiadanie własnego mleka koziego i eksperymenty z serkami, zaostrzyły nasze apetyty i chcemy więcej kóz!

Ostatni nowy nabytek, to kaczki biegusy. 


Ich pojawienie się jest nierozerwalnie związane z kolejnym punktem, czyli uprawami. Wiadomo, mają znacząco zmniejszyć populację ślimaków. Kaczki są dwie i kaczor. Niestety, odkąd się wprowadziły do nas, wpędzają mnie nieustannie w kompleksy. Są tak pracowite i ruchliwe, że przy nich wypadam naprawdę słabo, choć miałam o sobie niezłe zdanie:) Są też mocno terytorialne, przejęły władzę nad kurnikiem, wieczorem kaczor staje w drzwiach i nie wpuszcza kur do środka. Która cwana i przeleci mu nad głową, to jej szczęście. Teraz kury już się nauczyły, że miejsca na grzędzie trzeba zajmować wcześniej, kiedy kaczki są jeszcze w robocie, a pracują do zmierzchu. Niosą też jajka, dużo jajek, to znaczy codziennie. Co do ślimaków, nie mogę na razie potwierdzić ich skuteczności, bo ciągle zimno i potwory jeszcze nie wylazły. Pojedyncze, które znajdywałam, kaczki pożerały ze smakiem.
Dodatkową zaletą zwierząt są duże ilości obornika. Własnego, ekologicznego czarnego złota, które z roku na rok wzbogaca naszą ziemię. Inna sprawa ile się trzeba przy nim namachać widłami. 

Z innych zwierzątek mamy jeszcze dwa psy i cztery koty. Psy duże, ale pełnią funkcję raczej ozdobną (no, jeszcze ta wartość dodana w postaci towarzystwa do "pogadania", spacerków, miziania, przytulania itd:)). Koty dwa bardziej domowe, dwa zewnętrzne - te przynajmniej pracują na swoje utrzymanie. Chyba, że zimno i deszczowo. Wpuszczone do domu całą czwórką wylegują się na antresoli, gdzie najcieplej i zawsze znajdą rozbebeszone łóżko.
To oczywiście koty zewnętrzne. Brat z siostrą.
Resztę zwierząt nie wiem jak traktować, bo niby żywi się na naszym, ale jednak to dziczyzna. Do nich zalicza się parka kuropatwiano-bażantowa, stadko sarenek oraz sójki w dużej ilości. To ci stali bywalcy, reszta różnorodności pojawia się bardziej sporadycznie i nie mam pewności, że to ci sami.

3. Uprawy

Tutaj sytuacja nie wygląda dobrze. Od samego początku błędy! Pierwszym i największym było przeoranie zbyt dużego kawałka ziemi, przeznaczonego na uprawy. Mimo przestróg Gorzkiej Jagody, która na własnym ugorze przechodziła to samo, zrobiłam to i ja. Przeorałam. Nie sposób dwoma rękami, a nawet czterema, zagospodarować szybko takiego kawałka, chyba że chce się prowadzić klasyczne monokultury – tu wiorstę ziemniaka, tam sotnię buraka. A że my chcemy małe, symbiotyczne uprawy poprzetykane krzaczkami i drzewkami - zaczęło zarastać.... Udało się wyznaczyć jedynie małe grządki, część obsiać gryką, a reszta porosła. O ile w pierwszym roku różnorodność zarastania była duża (m.in. znaczny udział krwawnika), to drugiego roku już tylko perz. Co gorsza, na kopkach przeoranej ziemi porobiły się góry i góreczki, co znacznie utrudnia koszenie i trzeba marnować kilka razy więcej energii. Teraz powoli robimy to, co trzeba było robić od początku. Sukcesywnie poszerzamy obszar upraw stosując metodę: kartony, obornik, ściółka. Mniej więcej po pół roku można zacząć taki kawałek uprawiać. Od ubiegłego roku i tak jest lepiej, bo zrobiliśmy dodatkowo prymitywny inspekt i tunel foliowy, jest miejsce na nowalijki, rozsady, a potem pomidory. Wyznaczam i obsiewam grządki, które stopniowo się powiększają. 
Część już obsiana, część w przygotowaniu, część zaściółkowana
Prawie cały rzut na ogród

W ubiegłym roku próbowałam również uprawy w kostkach słomianych i na wałach. Jednakże tamten rok był u nas wyjątkowo ślimakowy, a zarówno kostki, jak i wały były idealnym środowiskiem dla tych żyjątek, więc uprawy zostały pożarte. Gdzie się dało musiałam ściągnąć również ściółkę, gdyż i ona przyciągała ślimaki. Przy okazji dowiedziałam się, że rośliny teoretycznie odstraszające ślimaki, zostały spałaszowane przez nie ze smakiem. Fakt, w ostatniej kolejności, ale jednak. Wszelkie ekosposoby, jak trociny, skorupki z jajek, ściółkowanie paprocią i in., były traktowane przez ww. jako drobna niedogodność, po której jednak przechodziły taranem.
Jakiś czas temu powstało kilkuarowe poletko doświadczalne, przeorane konikiem i obsiane mieszanką nawozów zielonych. Zobaczymy, czy i na ile poradzą sobie one z perzem i jak to będzie wyglądać jesienią. Z pewnością będę zdawać relację.
Dosadziliśmy także dobrze ponad setkę drzew i krzewów owocowych i miododajnych.
A! Przypomniałam sobie, że była jedna zaleta początkowego zaorania pola, zaskakująco - miała ona wymiar społeczny. Uznano lokalnie, że będziemy tu mieszkać "na poważnie". Nie przyczepiono nam więc łatki letników, bądź KRUSowców.

4. Sad i las. Wspaniały temat
Sad pełen starych jabłoni, grusz i śliw. Jabłka obradzają co dwa lata, za to z takim smakiem i siłą, że co kilka minut uderza w ziemie bajeczny owoc – podnosimy na dwa gryzy biegając pomiędzy zajęciami i upewniamy się za każdym razem, że jabłko to najdoskonalszy owoc świata, przewyższający mango czy inne papaje. A grusza, ta stara przed domem – tego smaku opisać nie sposób, tylko cholerne szerszenie dopadają wiele dorodnych sztuk jeszcze na drzewie. Latem wyciskamy na ręcznej prasie soki, nasze kolejne złoto. No i wreszcie śliwki, konfitury, naleweczki, no i beczki na bimberek nastawione!
Las (w naszym przypadku to gąszcz samosiejki) dał nam już opał, ogrodzenie pastwiska, przepierzenia dla zwierząt, rusztowania przy budowie kopuły, konstrukcję ganku i radość, wiele radości z pracy. Zima, mróz, para z ust, psy, piersiówka i piła – dzień doskonały.
  
5. Wrażenia i odczucia

Mieszkamy w naprawdę fajnym miejscu. Udało nam się też trafić na bardzo przyjazną społeczność. Pewnie plotkują jak wszędzie, być może trochę się wyśmiewają z naszych dziwactw, jednakże nigdy nie spotkaliśmy się z jakimikolwiek oznakami zawiści, nieuprzejmości czy chamstwa. Wręcz przeciwnie, ciągle jesteśmy czymś obdarowywani, w wielu przypadkach doświadczyliśmy tzw. pomocy sąsiedzkiej, nawet kilka usług, za które normalnie bierze się pieniądze zostały wykonane za free, za flaszkę, bądź na zasadzie, zapłacisz, jak będzie następna okazja.
Nie było jeszcze dnia, w którym żałowałabym, że tutaj jestem. Oczywiście, zdarza mi się psioczyć: na wiatry, które urywają głowę, na ciężką glinę w ogrodzie, na uparte kozy, na Bazyla, od którego co jakiś czas dostaję w dupę, chyba dla przypomnienia, kto tu jest szefem stada oraz bardzo często na własną głupotę. Ale to niczego nie zmienia, bo za chwilę i tak znajduje się przeciwwaga i mój stan upojenia trwa.
Z pewnością jest więcej pracy, niż się spodziewałam. Może nawet nie więcej, ale zwykle są to prace dłuższe niż zaplanowana godzinka czy dwie. A zaczętą pracę trzeba skończyć. Trzeba nauczyć się planować, a tutaj przede wszystkim uwzględniać pogodę i rytm, który wyznacza sama natura. Życie nie dzieli się na 5 dni roboczych i weekend, a lato nie jest czasem wakacji czy urlopu. 
Trzeba psychicznie przygotować się na porażki, bo "sukces" bardzo często nie zależy od nas samych, ale w dużej mierze jest uzależniony np. od pogody.
Wiele nauki jeszcze przed nami, bo i planów na przyszłość trochę jest. A każde przedsięwzięcie to naprawdę spora dawka wiedzy (również tej o sobie samym). Tak więc, przygoda trwa.
Gumno

13 marca 2016

Notatka o ziołolecznictwie w hodowli zwierząt

Nie będzie to moja notatka, bo niewiele wiem na ten temat. Ale się uczę. A jak szukam, to trafiam na różne rzeczy.
TUTAJ przekazuję linka do dokumentu, który może być ciekawy dla wielu przydomowych hodowców. W artykule oprócz informacji ogólnych, są umieszczone tabele dla poszczególnych zwierząt (kur, królików, koni, kóz i owiec oraz bydła i trzody) z listą ziół i ich działaniem na dane zwierzę. 
W większości są to bardzo pospolite zioła, które warto sobie zebrać i mieć - na wszelki wypadek. Można też pomyśleć o dosianiu ich na pastwiskach.
Na końcu dokumentu obszerna bibliografia dla bardziej dociekliwych. Są na przykład wymienione artykuły Simony Kossak - "Samolecznictwo ludzi i zwierząt" wydawane przez Echa Leśne.

Wszyscy mówią o Wiośnie, rano ptaki już budzą, więc musi coś być na rzeczy. U nas leje, wieje lub mży. Temperatura nie wychodzi ponad 5 stopni. Na wtorek zapowiadane opady śniegu... Dobra, niech Jej będzie - poczekam. 
Dla wszystkich czekających - pogodnej cierpliwości.

P.S.
Wzdęta koza z poprzedniej notatki, powiła w tym tygodniu parkę zdrowych koźląt.


2 marca 2016

Notatka hodowcy-amatora

Leniwa niedziela. Tak miało być. Goście, spacerek, gotowanie, pogaduchy. Wyszło inaczej, za sprawą naszej rogacizny. Przy porannym karmieniu okazało się, że w nocy Hilda powiła bliźniaki. Ale jakie z nich bliźniaki! Baranek dwa razy większy od owieczki, a ta, nie dość, że malizna, to jeszcze kolorowa! Jaśniutka jak Hilda, tylko ciemniejsze plamki. No i niepokój czy da radę. Głos donośny, matka dobrze na nią reaguje. Mała podchodzi do cycka. Ale czy się już napiła siary? Dorosłym zadałam siana. Wcześniej urodzone trojaczki dokarmione butelkami. 
Pobiegłam z żarciem do kur, a potem do kóz. A tam znowu niespodzianka. Biała stoi nadęta jak balon. Głowa zwieszona, na owies nawet nie spojrzała. Ewidentne wzdęcie. Boks zanieczyszczony "na rzadko". No to Białą na spacer i telefony, najpierw po sąsiadach i znajomych, którzy coś mogą poradzić. Weterynarz nie odbiera (niedzielny poranek). Sylwia szuka pomocy na FB. W końcu telefon do lecznicy. Wet każe najpierw próbować domowych sposobów: wódka z wodą, masowanie, odczekanie. Jak to nie pomoże, to jeszcze roztwór sody z wodą. No i dieta, tylko woda i siano, chociaż Biała zupełnie nie jest zainteresowana jedzeniem. Przed podaniem wódki, szukanie na necie, jak to zrobić, bo doświadczenia zero w takich przypadkach. To znaczy podawałam już lekarstwo owcy, ale akurat piła chętnie ze smoczka. Ale wóda? Weterynarz stwierdził, że sama nie pociągnie...
Oczywiście na YT jest wszystko: 


Nawet udało się za pierwszym razem, choć nie tak sprawnie jak na filmie. Przy masowaniu i oklepywaniu czułam pod ręką jak się zmienia sytuacja. Czasami lekko się rozluźniała, by za chwilę znowu się napompować i stwardnieć. 

W przerwach zaglądamy do owiec, jak tam maleńka. Wychodzi ze wszystkimi na zewnątrz, ale nie nadąża. Beczy głośno, Hilda stara się trzymać blisko, mała majstruje przy wymieniu - wygląda, że będzie dobrze.

Po jakimś czasie, Biała nadal wzdęta. Jeszcze raz spacer. Robi kupę, już nieco twardszą, ale jeszcze daleko do bobków. No to podajemy sodę. Bingo! Zadziałało. Zaczęło jej się odbijać prawie natychmiast po wypiciu. Jeszcze raz masowanie i zostawiliśmy ją na razie w spokoju.

Tymczasem mała owieczka idzie na dokarmienie butelką, żeby trochę ją wzmocnić. Po wypiciu przysnęła sobie w domu. Kiedy się obudziła, o czym powiadomiła głośnym beczeniem, oddałam ją Hildzie. Cały czas nie ma oznak odrzucenia, więc w miarę spokojna zostawiam ją na noc z matką.

Po dwóch godzinach od podania sody, Biała wygląda normalnie. Wzdęcie zeszło, zaczęła jeść siano i pić wodę. Ufff

W nocy złe sny, że malutka padła i znalazłam ją martwą w stodole. Rano, kiedy zaczęło się rozjaśniać, zobaczyłam owce na pastwisku, ale przy Hildzie tylko baranka, no to pędem do nich. Malutkiej nie ma. Szukaliśmy wszędzie. Przegrzebałam ściółkę w owczarni, sprawdziłam pastwisko. *Sylwia z Sebastianem obeszli całe pastwisko dookoła. Nie ma. Największe prawdopodobieństwo, że porwał ją jakiś drapieżnik, ale nie mam żadnych poszlak. 

Biała ma się dobrze. Po wzdęciu nie ma śladu. Za jakiś tydzień, dwa powinna się kocić. 
A! powodem wzdęcia było prawdopodobnie przejedzenie się owsem. Dzień wcześniej kozule samodzielnie wydostały się z boksu i dobrały się do owsa. Zmyliło mnie to, że niewiele go ubyło i że minęła cała doba, ale musiał to być owies, bo poza tym wszystko było normalnie, jak co dzień.

Owce do tej pory wykociły się trzy, przy czym jedna trojaczkami - te dwa razy dziennie dokarmiane są butlami z krowim mlekiem. Czekamy na dalsze. Z tego, co na razie, to zapowiada się barankowy rok. Echhhh

Zostawiam te wydarzenia bez dodatkowych komentarzy. Wszystkie wątpliwości i wyrzuty, co by było gdybym zrobiła inaczej, mam w głowie. Chyba tak właśnie buduje się doświadczenie.
Suchy opis może się komuś na coś przyda w podobnych sytuacjach..
Czekoladowy pierwszak, urodzony w pierwszą noc po styczniowej pełni.
Trojaczki z Lady.
Jedno z trojaczków.
Ta, której już nie ma.
Mimo trudnych czasem sytuacji, życzę Wszystkim pozytywnego oczekiwania na wiosnę. Lubię przedwiośnie za potencjał, który ze sobą niesie.

* Sylwii i Sebastianowi wdzięczna jestem za pomoc i że nie byłam sama z tym wszystkim.

17 listopada 2015

Notatka zdecydowanie jesienna.


Listopadowy widok z okna. Wschód słońca.


Krajobraz coraz bardziej rozmiękczony przez poranne mgły. Drzewa w większości straciły liście. Teraz wartę przejęły złociste modrzewie. Bywa też ponuro, mokro i nieprzyjemnie, co ma swoje liczne zalety.

U nas wykończeniówka posunięta na tyle, że udało się na powrót przenieść na zimę do kopuły. Dzięki studni głębinowej i podkowie w piecu, leci ciepła woda. Z kranu!
Po okresie noszenia wiader z wodą, a potem grzania garów na piecu, przyznam, że jest to dla mnie skok cywilizacyjny. Prawie taki, jak rok temu zimna woda z kranu. HA! Cieszę się z tego doświadczenia. Tutaj ludzie powiadają: Tak się dawniej żyło... Wiem, ale sama tego nie przeżyłam. A teraz już tak. Przyda się. W przyszłości mamy plany orynnowania czego się da, żeby zbierać deszczówkę.

Kopułka wytynkowana. W tym roku nałożyliśmy cztery warstwy gliny, w sumie (z ubiegłorocznymi) sześć. Ostatnia kolorystyczna glina z kredą poszła już pędzlem. Starczyło nawet zapału, żeby zrobić kręciołka. Choć przyznam, że gdyby nie wpadła Dorota, już machnęłabym ręką. A jej chciało się wyrysować szablon.

Milion razy wchodziła i schodziła schodami, żeby rzucić okiem z innej perspektywy. Poprawiała, mazała, wyrównywała to, czego wyrównać się nie da. No i efekt końcowy mamy taki:

Przyjemnie się żyje z kręciołkiem nad głową. Dzięki, Dorotko.
Poza tym K. skończył podłogi, tam gdzie nie zdążyliśmy w ubiegłym roku. Teraz już wszystko wycyklinowane, pomalowane. Można żyć.
Mnie została teraz wykończeniówka, czyli przede wszystkim domycie wszystkiego oraz urządzanie tym, co mamy. Niektóre rzeczy mają swoją drugą, a nawet trzecią szansę. Na przykład takie półeczki zrobił K.
Kiedyś dostaliśmy od Przyjaciół deski. U nich robiły za szalunek. Mieszkając w Beskidach zrobiliśmy z nich ramę pod materac. Teraz przyjechały na Podkarpacie i będą podporą dla literatury. Tym szalunkowym chyba się nie śnił taki awans.

Ale będą też nowości. Zamawiamy u znajomego stolarza blat do kuchni. Niestety w naszym przypadku nie wystarczy mu powiedzieć: Wiesz, taki 200x60 cm. Przygotowanie szablonu wcale nie było łatwe, ale powstał.
Stolarz podumał nad nim, podrapał się w głowę odrobinę tylko przeklinając pod nosem i powiedział, że zrobi.
Kopułkę na zimę mamy zabezpieczoną, chyba nawet lepiej niż w ubiegłym roku. Na wiosnę jeszcze TYLKO dach i będzie można przejść do następnych marzeń.

W tak zwanym międzyczasie trzeba było jeszcze zrobić przetasowania w schronach dla zwierząt. Owczarnię bowiem zajmowały kozy. Kozom zatem trzeba było na zimę przystosować część dawnej obory służącej do tej pory za magazyn rzeczy różnych. Udało się. A owce nie dość, że wróciły na dawne śmieci, to powiększone o dodatkowy metraż i dodatkowy paśnik. Chyba wszyscy zadowoleni z tych rozwiązań z wyjątkiem Berniego (capka), który dostał osobny boks i nie może na stałe molestować dziewczyn. Swoją drogą, odkąd mam capka, zrozumiałam skąd się wzięły te wszystkie obleśne zachowania i gesty panów wykonujących zwykle jakieś prace budowalno-chodnikowo-drogowe. Na szczęście w przypadku zwierząt wygląda to bardziej naturalnie, a nawet zabawnie.

Przy okazji tworzenia tymczasowej koziarni, musieliśmy się wybrać do lasu po żerdzie mające służyć za trzon konstrukcji. Nasz "las", to kilkunastoletni gąszcz samosiejki, którym nie było czasu się zająć, ale który stopniowo przerzedzamy, kiedy zachodzi potrzeba. Ponieważ nie mamy jeszcze żadnego wozu, traktora, ani innej siły pociągowej, musieliśmy sami przytargać owe żerdki. Całkiem były ciężkie, więc indiańska metoda noszenia ciężarów, opisana przez Szarą Sowę*, wydawała się najsensowniejsza. W skrócie polega ona na podzieleniu całego ładunku i przenoszeniu jak największych ciężarów na niewielkie odległości. Odpoczywa się wracając po następną porcję, którą przenosi się kawałek dalej itd. Podobno metoda ta daje lepsze efekty, niż noszenie mniejszych ciężarów bezpośrednio do celu.
Jak widać, korzystamy z wielu dostępnych tradycji. Wkrada nam się też jednak nowoczesność.
Czy sensowna, to się okaże w przyszłości. Nasza gmina dostała 90% dofinansowania na projekt: "Budowa mikroinstalacji prosumenckich". Trzydzieści parę gospodarstw było zainteresowanych, w tym my. Jak będą skonstruowane umowy z energetyką i jak to będzie w praktyce hulać, przekonamy się w najbliższym czasie. Do końca stycznia ma być zakończony cały proces rozruchowy.

I to chyba wszystkie nowości. Bo z pewnością nie jest żadną niespodzianką, że odkąd wyjechał K. dużo czasu spędzam u mechaników różnych. Samochody ZAWSZE to robią...
Ale pojawiła się przy okazji taka refleksja, że właściwie wszystkich fachowców potrzebnych do funkcjonowania gospodarstwa domowego mamy w zasięgu naszej wsi. Murarze, tynkarze, cieśle, stolarze, hydraulicy, spawacze metali różnych, specjaliści od prac ziemnych, mechanicy, naprawiacze AGD... A nie znamy jeszcze wszystkich "usługodawców". Jest to wygodne i społecznie bardzo rozwijające.

Dużo deszczu i spokoju na ten przedzimowy czas.

* Grey Owl - Pielgrzym puszczy.