przy-ziemne

przy-ziemne
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie sąsiedzkie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie sąsiedzkie. Pokaż wszystkie posty

14 stycznia 2017

Notatka o życiu towarzyskim

Po tak długiej przerwie nie wiadomo od czego zacząć i który temat ruszyć. Ruszę zatem towarzyski, bo czas akurat sprzyjający:)

Kiedy kilka lat temu zakupiliśmy nasze gospodarstwo na Podkarpaciu, narzekaniom ze strony Rodziny i Przyjaciół nie było końca. Że koniec świata, że wilki nas zjedzą, że Ukraina nas wchłonie, że się odcinamy, bo przecież nikt do nas nie przyjedzie. Wychodziło na to, że w biedzie i samotności zginiemy marnie zaciukani przez bandytów, w najlepszym wypadku zagryzieni przez dzikiego zwierza. Wyjątkiem byli Ci nieliczni, którzy mniej więcej znali te rejony.

Rzeczywistość jest taka, że dawno już nie prowadziłam tak bogatego i ciekawego życia towarzyskiego jak obecnie. Starzy przyjaciele i tak przyjeżdżają nie bacząc na odległość i warunki bytowe. Co roku w okolicach noworocznych, majówkowych czy wakacyjnych mamy sporo wizyt, czasem trzeba wprowadzać grafik odwiedzin. Moje Przyjaciółki wpadają w międzyczasie na pogaduchy, kiedy K. wyjeżdża i można spokojnie poddać się kobiecemu strumieniowi świadomości.
Dla mnie osobiście ważne są też blogowe znajomości. Jest w tym jakaś magia, że ktoś przypadkowo trafił na bloga, coś tam przeczytał, przyjechał z ciekawości czy innych pobudek, ale te kontakty zostały i... trwają. I są dla mnie bardzo wartościowe!
Mamy też coraz więcej nowych znajomych zarówno tych z naszej wsi (ukorzeniamy się, dajemy się poznawać, więc i normalne odwiedziny sąsiedzkie są już praktykowane), jak i całe grono osiadłych w okolicach przybyszów. Bywają takie dni, kiedy naprawdę mam wrażenie, że drzwi się nie zamykają.

Okazuje się, że Podkarpacie przyciąga niezwykle interesujących ludzi. Nie brakuje tu "przesiedleńców" z miast z ostatniej fali migracji, ale też takich z końca lat 90. Szczególnie Ci drudzy mają za sobą ciekawe historie - wrastanie w wieś, która 20 lat temu wyglądała i myślała nieco inaczej niż teraz. Są też ludzie, którzy po latach edukacji  lub edukacji i pracy w wielkich miastach (kraju i świata) wrócili do domu. Albo osiedlili się jakby na nowo. Są artyści, rzemieślnicy, terapeuci, zielarze, naukowcy, społecznicy, ideolodzy. Teoretycy i praktycy... Są spotkania grupowe i indywidualne. Nawiązują się kontakty towarzyskie, handlowe i barterowe. Wielu z nas łączą podobne doświadczenia eko-budowania, -uprawiania, -jedzenia, -przetwarzania itp. Jest z kim pogadać o filozofii  i o kompoście, o odrobaczaniu kóz i alternatywnych metodach edukacji. Mała M. uwielbia te spotkania, bo jest też trochę dzieciaków w różnym wieku, więc atrakcje jakby same się napędzają:) Znika wtedy na kilka godzin i opowiada potem swoją historię, a ja mam wrażenie, że byliśmy na dwóch różnych spotkaniach, które tylko czasami się przenikały.

Jeśli mieliśmy kiedykolwiek wątpliwości, co do życia towarzyskiego tutaj (jakościowego i ilościowego), to zostały one już wielokrotnie rozwiane.

Jest też cała masa niezwykłych ludzi żyjących tutaj z dziada pradziadza, ale do nich paradoksalnie (a może nie) trudniej dotrzeć. Trzeba głębiej grzebnąć i szukać innych ścieżek. Dobrze, że jesteśmy na miejscu i mamy czas na te odkrycia...

Życzę wspaniałych odkryć (ludzi, miejsc, uczuć, umiejętności) w Nowym Roku!




28 kwietnia 2016

Notatka na dwa latka


Mijają właśnie dwa lata, od kiedy na stałe zamieszkaliśmy tutaj. 


Niedawno Brat zapytał mnie o podsumowanie tego czasu, o rozbieżności pomiędzy wyobrażeniami a rzeczywistością i ogólne odczucia co do życia, które sobie wymarzyliśmy, początkowo w teorii.
Dla przypomnienia, wcześniej spędziliśmy kilka lat na wsi, ale na wynajmowanym kawałku ziemi z domem. Bez żadnych hodowli, jedynie z małym ogródkiem eksperymentalnym. Mimo poczucia tymczasowości był to czas nie do przecenienia. To wtedy zaczęliśmy przesiąkać ideą życia na wsi na stałe. Wtedy mieliśmy czas odkrywać, głównie internetowo, różne rodzaje ekologicznych upraw i budownictwa. Był to również początek nauki, żeby nie powiedzieć nowy fakultet, życia sąsiedzkiego, praw, którymi rządzą się małe społeczności, znaczenia barteru i innych przydatnych umiejętności oraz wiedzy o życiu, których się nie ma żyjąc w mieście.
No i w dużym stopniu był to również czas poszukiwania "naszej" ziemi.
Odkąd jesteśmy tutaj udało się zrobić parę rzeczy, a przy okazji popełnić trochę błędów. Może ubiorę to w jakieś punkty, będzie mi to łatwiej opisać.
Po raz pierwszy czynny udział przy powstawaniu notatki brał K. Trochę mnie korygował (technicznie), trochę dodawał od siebie. Ciekawe, czy te Jego fragmenty będą rozpoznawalne:)

1. Sprawy mieszkaniowo-bytowe

Kupiliśmy gospodarstwo ze starym domem i stodołą. Stodoła nowsza (początek lat 70.) z domurowaną obórką. Dom drewniany w złym stanie, mocno spróchniały, bez wody, łazienki - za to z gazem i wspaniałą ceglaną piwniczką pod kuchnia. Wedle moich mojej opinii nie nadawał się do zamieszkania, ale w końcu w nim zamieszkaliśmy. Jak to się stało opisałam TUTAJ. Pierwszego lata podjęliśmy się budowania kopuły ze słomy i gliny. Udało się, nie bez problemów (historia budowy jest opisana w "notatkach budowlanych"). Mieszkamy w niej teraz. Budulec słomiano-gliniany ma potencjał, natomiast nie sprawdza się w przypadku naszej kopuły, bez względu na to jakim tynkiem byłby pokryty i jakim preparatem zabezpieczony, gdyż nie da 100% pewności co do wodoszczelności (mikropęknięcia na pracującej na wietrze kopule) i wystarczającej dla słomy oddychalności, co zapewnia tylko glina. W tym roku będziemy robić dach, którego miało nie być i dlatego miało być fajnie i tanio. A dach na kopule nie jest prostą sprawą, więc będzie niezbyt fajnie i drogo. Poza tym w kopule mieszka się bardzo przyjemnie i ciepło, choć góra czasem zamienia się w saunę nie do życia – nie bez kozery w kopulach zawsze powinno przewidywać się (nie przewidzieliśmy!) możliwość dodatkowego wietrzenia na piętrze, bo tam właśnie ulatuje cale ciepło, a co dopiero w słombalu!. Okrągłe kształty, oprócz uciążliwości przy ustawianiu mebli, dają jakąś pozytywną atmosferę. Z obecnym doświadczeniem, nawet gdybyśmy zostali przy okrągłym kształcie, to założenia byłyby już inne. Przede wszystkim nie kopula tylko dom ze zwykłym dachem na krokwiach, normalne betonowe, choć punktowo osadzone fundamenty, a nie worki z piaskiem, a na zewnątrz gliniany lub gliniano-wapienny tynk, a bez dodatku cementu, ukryty pod wypuszczonym dachem.  
Przy okazji budowy kopuły, zrobiliśmy też oczyszczalnię korzeniową, w którą wpięty jest na razie system kanalizacyjny z kopułki, a w przyszłości będzie również obsługiwała Dom. Od jesieni ubiegłego roku mamy w kopule normalny system wodno-kanalizacyjny z podkową w piecu jako systemem ogrzewającym wodę zimą. I od tego czasu nasze zużycie wody jest na poziomie normalnego gospodarstwa domowego, oczyszczalnia też zaczęła działać w miarę poprawnie. Wcześniej, kiedy była pompowana jedynie zimna woda, a ciepłą trzeba było grzać na piecu w garach, zużycie było dużo mniejsze i dla oczyszczalni naszej wielkości nieco za małe. Przy takiej oczyszczalni trzeba brać pod uwagę realne zużycie wody, a my budowaliśmy przyszłościowo z wizją wpięcia do niej drugiego domu.
Gdyż to stary domek drewniany ma być Domem docelowym. Być może uda się częściowo go uratować, a resztę dobudować. Na razie nie mamy kasy i mocy przerobowych na rozpoczęcie prac przy Domu, gdyż w tym roku muszą powstać domy dla zwierząt. Obecnie są poupychane gdzie się da. Co też ma swoją zaletę, bo poznaliśmy już różną naturę tych naszych stworzeń i teraz już wiemy jak dopasować do nich te domostwa , np. że kozy muszą mieć dosyć pancerne boksy, z przemyślnym zamykaniem. Zwykłe haczyki tylko je rozśmieszają:)
Od ponad miesiąca działa też u nas system fotowoltaiczny. Nasza gmina dostała preferencyjne dofinansowanie na poziomie 90% kosztów inwestycji (czyli 82% po uwzględnieniu podatku;). Jesienią zostały zamontowane panele, a wiosną nastąpiło podpięcie całej instalacji. W tym momencie jest to etap rozruchowy. Możemy obserwować ile zużywamy prądu, ile produkujemy, a ile pobieramy od elektrowni. Wygląda na to, że przy takim ogromnym poziomie dofinansowania jest to jeszcze w miarę opłacalne i pozwoli zaoszczędzić ok. 50% kosztów energii elektrycznej, natomiast pewność będziemy mieli po pierwszych rachunkach, gdyż umowa jest tak skomplikowana i wewnętrznie sprzeczna, że aż tajemnicza – widać temat nowy dla wszystkich, prawo nie dostosowane, a EU ciśnie i kasę daje, wiec naiwnie byłoby odmówić. Zysk pozostaje u producenta paneli i osprzętu, u firmy montującej, my zaś jesteśmy beneficjentem i zasłoną dymną jednocześnie, a stratnymi reszta europejskich podatników, którzy na dofinansowany panel się nie załapali. Ekologia? Cóż, chyba nie aż taka jak „kobyłą do lasu po suche patyki”, jak mawia sąsiad.     
Drugiego lata wyschła nam studnia. Mieliśmy już za sobą dwa nieudane wykopy z nadzieją na wodę pod własnym ciśnieniem oraz próbę pogłębienia istniejącej studni, w końcu zdecydowaliśmy się na wiercenie studni głębinowej. Na razie hula bez zastrzeżeń.

Przy okazji spraw budowlanych jeszcze raz ukłonię się w stronę różnych darczyńców, dzięki którym otrzymaliśmy wiele używanych sprzętów: okna, drzwi, schody, zlewy, umywalki, szafy, stoły, częściowo również AGD - wszystko jest już w używaniu lub czeka na swoją chwilę. Jak również tym wszystkim, którzy na różnych etapach pomagali nam w budowlance. Było nam dużo łatwiej i fizycznie, ale chyba przede wszystkim psychicznie - dzięki.

2. Hodowle

To jest bardzo przyjemny temat. Zwierzęta przynoszą ogromną radość, ukojenie, nadają fajny rytm dnia. Rutyna? Być może, ale taka pozytywna. Nie dają szansy na gnuśność, ani osiadanie na laurach. Nieustannie trzeba się przy nich uczyć, być czujnym.
Pierwsze w gospodarstwie pojawiły się kurczęta. Moja Przyjaciółka, Jola przyjechała w odwiedziny do nas z rodziną oraz pudełkiem małych kilkudniowych kuleczek, które wysiedziała dla nas jej kwoczka. Kilka z tych kurek jest u nas nadal, jedna w ubiegłym roku również została matką:) Wiele się zmarnowało, bo lisy, jastrzębie, kuny, psy itd. Kury mają nieograniczony wybieg, co ma swoje liczne zalety, ale też ww. wady.

Następnie z odległej Doliny Baryczy przywieźliśmy owce. Piękne, wspaniałe Wrzosówki rogate, z którymi zechciała się rozstać Rogata Owca. Tak naprawdę owiec początkowo nie było w planie, ich idea pojawiła się na bazie lekkiego wkurzenia. Musieliśmy latem skosić ponad hektarową łąkę za domem. Próbowałam znaleźć chętnych na siano z tej łąki, ale się nie udało. Siano dobre, różnorodne, szkoda, żeby się marnowało, a sama łączka też idealna na pastwisko. Od jakiegoś czasu podczytywałam już bloga Rogatej, no a nie sposób nie ulec magii Jej opisów tych stworzeń:) Pierwszy rok hodowli owiec, to były tylko przyjemności. Obserwacja ich zwyczajów, uczenia się. Pierwsze wiosenne wykoty bezproblemowe. Karmienie, pielęgnacja - sama radość! No może strzyża była nieco męcząca, ale pierwsze koty za płoty, ostatecznie się udała. Na fali takich "sukcesów" dokupiliśmy jeszcze kilka sztuk. Obecnie nasze stadko to 12 dorosłych owiec plus tryk Bazyl, ojciec tegorocznej młodzieży i dzieciaków. Wykoty zaczęły się w tym roku pod koniec stycznia i trwają do dziś, czekamy jeszcze na trzy owce. Tym razem nie obyło się jednak bez problemów. Doświadczyłam śmierci maluchów, które urodziły się z mnogiej ciąży i były zbyt słabe, żeby dalej żyć, odrzucenia zdrowej owieczki przez matkę pierwiastkę (malutka jest na butelce, daje nam kupę radości, jest atrakcją dla wszelkich odwiedzających, bo przybiega na wołanie i jest strasznie towarzyska, no i chodzi z nami i psami na spacery - ładnie trzyma się nogi:)) Zdarzyły nam się również trzy porwania jednodniowych jagniąt, które znikały bez śladu. Podejrzewane na początku lisy i jastrzębie okazały się niewinne, gdyż sprawcą złapanym na gorącym uczynku okazał się nasz własny pies, Stasinek. Ukochany pies, który był aniołem dla wszelkich istot żywych. Do tej pory przyjaźni się z naszą kotką, nigdy nie próbował polować na kury, koty, kaczki owce, ani kozy. Nawet saren, zajęcy i bażantów nie goni. Trudno domyśleć się jaka klapka w mózgu mu się uruchomiła na zapach świeżo narodzonych jagniąt, ale jednak... Porywał, uśmiercał i zakopywał przy pobliskim opuszczonym gospodarstwie.

Ubiegłego lata zakupiliśmy też dwie kozy i kozła karpackiego. Kozioł rasowy z papierami, a kozy białe, jedna w typie karpackiej, druga po prostu biała. Chcieliśmy pójść w kierunku hodowli kóz karpackich, bo pasowały do naszych owiec. Stara rasa, odporna na warunki i choroby, jakby stworzona, żeby żyć na pogórzach. W tym momencie po wielu rozmowach z różnymi hodowcami (z których każdy swój ogonek chwali), wychodzi z międzywierszy, że z kozami, podobnie jak z psami - najlepsze są mieszańce. Gdyby ktoś chciał dorzucić tu swoje doświadczenie, będę wdzięczna. Kiedy kupowaliśmy kozy, były już wykocone i dawały mleko. Trzeba było z dnia na dzień nauczyć się doić. Przy pierwszej kozie, była właścicielka pokazała mi na łące jak się doi, spróbowałam kilku pociągnięć i jakoś poszło. Szczęśliwie pierwsza koza, to ocean spokoju, stała cierpliwie i wybaczała wszystkie błędy. Druga ma już zupełnie inną naturę i zupełnie inne wymionka, początkowo trzeba ją było doić w dwie osoby. Kozule w tym roku urodziły własne maluchy, mleka jeszcze niewiele, ale rano udaje się już coś zdoić. Posiadanie własnego mleka koziego i eksperymenty z serkami, zaostrzyły nasze apetyty i chcemy więcej kóz!

Ostatni nowy nabytek, to kaczki biegusy. 


Ich pojawienie się jest nierozerwalnie związane z kolejnym punktem, czyli uprawami. Wiadomo, mają znacząco zmniejszyć populację ślimaków. Kaczki są dwie i kaczor. Niestety, odkąd się wprowadziły do nas, wpędzają mnie nieustannie w kompleksy. Są tak pracowite i ruchliwe, że przy nich wypadam naprawdę słabo, choć miałam o sobie niezłe zdanie:) Są też mocno terytorialne, przejęły władzę nad kurnikiem, wieczorem kaczor staje w drzwiach i nie wpuszcza kur do środka. Która cwana i przeleci mu nad głową, to jej szczęście. Teraz kury już się nauczyły, że miejsca na grzędzie trzeba zajmować wcześniej, kiedy kaczki są jeszcze w robocie, a pracują do zmierzchu. Niosą też jajka, dużo jajek, to znaczy codziennie. Co do ślimaków, nie mogę na razie potwierdzić ich skuteczności, bo ciągle zimno i potwory jeszcze nie wylazły. Pojedyncze, które znajdywałam, kaczki pożerały ze smakiem.
Dodatkową zaletą zwierząt są duże ilości obornika. Własnego, ekologicznego czarnego złota, które z roku na rok wzbogaca naszą ziemię. Inna sprawa ile się trzeba przy nim namachać widłami. 

Z innych zwierzątek mamy jeszcze dwa psy i cztery koty. Psy duże, ale pełnią funkcję raczej ozdobną (no, jeszcze ta wartość dodana w postaci towarzystwa do "pogadania", spacerków, miziania, przytulania itd:)). Koty dwa bardziej domowe, dwa zewnętrzne - te przynajmniej pracują na swoje utrzymanie. Chyba, że zimno i deszczowo. Wpuszczone do domu całą czwórką wylegują się na antresoli, gdzie najcieplej i zawsze znajdą rozbebeszone łóżko.
To oczywiście koty zewnętrzne. Brat z siostrą.
Resztę zwierząt nie wiem jak traktować, bo niby żywi się na naszym, ale jednak to dziczyzna. Do nich zalicza się parka kuropatwiano-bażantowa, stadko sarenek oraz sójki w dużej ilości. To ci stali bywalcy, reszta różnorodności pojawia się bardziej sporadycznie i nie mam pewności, że to ci sami.

3. Uprawy

Tutaj sytuacja nie wygląda dobrze. Od samego początku błędy! Pierwszym i największym było przeoranie zbyt dużego kawałka ziemi, przeznaczonego na uprawy. Mimo przestróg Gorzkiej Jagody, która na własnym ugorze przechodziła to samo, zrobiłam to i ja. Przeorałam. Nie sposób dwoma rękami, a nawet czterema, zagospodarować szybko takiego kawałka, chyba że chce się prowadzić klasyczne monokultury – tu wiorstę ziemniaka, tam sotnię buraka. A że my chcemy małe, symbiotyczne uprawy poprzetykane krzaczkami i drzewkami - zaczęło zarastać.... Udało się wyznaczyć jedynie małe grządki, część obsiać gryką, a reszta porosła. O ile w pierwszym roku różnorodność zarastania była duża (m.in. znaczny udział krwawnika), to drugiego roku już tylko perz. Co gorsza, na kopkach przeoranej ziemi porobiły się góry i góreczki, co znacznie utrudnia koszenie i trzeba marnować kilka razy więcej energii. Teraz powoli robimy to, co trzeba było robić od początku. Sukcesywnie poszerzamy obszar upraw stosując metodę: kartony, obornik, ściółka. Mniej więcej po pół roku można zacząć taki kawałek uprawiać. Od ubiegłego roku i tak jest lepiej, bo zrobiliśmy dodatkowo prymitywny inspekt i tunel foliowy, jest miejsce na nowalijki, rozsady, a potem pomidory. Wyznaczam i obsiewam grządki, które stopniowo się powiększają. 
Część już obsiana, część w przygotowaniu, część zaściółkowana
Prawie cały rzut na ogród

W ubiegłym roku próbowałam również uprawy w kostkach słomianych i na wałach. Jednakże tamten rok był u nas wyjątkowo ślimakowy, a zarówno kostki, jak i wały były idealnym środowiskiem dla tych żyjątek, więc uprawy zostały pożarte. Gdzie się dało musiałam ściągnąć również ściółkę, gdyż i ona przyciągała ślimaki. Przy okazji dowiedziałam się, że rośliny teoretycznie odstraszające ślimaki, zostały spałaszowane przez nie ze smakiem. Fakt, w ostatniej kolejności, ale jednak. Wszelkie ekosposoby, jak trociny, skorupki z jajek, ściółkowanie paprocią i in., były traktowane przez ww. jako drobna niedogodność, po której jednak przechodziły taranem.
Jakiś czas temu powstało kilkuarowe poletko doświadczalne, przeorane konikiem i obsiane mieszanką nawozów zielonych. Zobaczymy, czy i na ile poradzą sobie one z perzem i jak to będzie wyglądać jesienią. Z pewnością będę zdawać relację.
Dosadziliśmy także dobrze ponad setkę drzew i krzewów owocowych i miododajnych.
A! Przypomniałam sobie, że była jedna zaleta początkowego zaorania pola, zaskakująco - miała ona wymiar społeczny. Uznano lokalnie, że będziemy tu mieszkać "na poważnie". Nie przyczepiono nam więc łatki letników, bądź KRUSowców.

4. Sad i las. Wspaniały temat
Sad pełen starych jabłoni, grusz i śliw. Jabłka obradzają co dwa lata, za to z takim smakiem i siłą, że co kilka minut uderza w ziemie bajeczny owoc – podnosimy na dwa gryzy biegając pomiędzy zajęciami i upewniamy się za każdym razem, że jabłko to najdoskonalszy owoc świata, przewyższający mango czy inne papaje. A grusza, ta stara przed domem – tego smaku opisać nie sposób, tylko cholerne szerszenie dopadają wiele dorodnych sztuk jeszcze na drzewie. Latem wyciskamy na ręcznej prasie soki, nasze kolejne złoto. No i wreszcie śliwki, konfitury, naleweczki, no i beczki na bimberek nastawione!
Las (w naszym przypadku to gąszcz samosiejki) dał nam już opał, ogrodzenie pastwiska, przepierzenia dla zwierząt, rusztowania przy budowie kopuły, konstrukcję ganku i radość, wiele radości z pracy. Zima, mróz, para z ust, psy, piersiówka i piła – dzień doskonały.
  
5. Wrażenia i odczucia

Mieszkamy w naprawdę fajnym miejscu. Udało nam się też trafić na bardzo przyjazną społeczność. Pewnie plotkują jak wszędzie, być może trochę się wyśmiewają z naszych dziwactw, jednakże nigdy nie spotkaliśmy się z jakimikolwiek oznakami zawiści, nieuprzejmości czy chamstwa. Wręcz przeciwnie, ciągle jesteśmy czymś obdarowywani, w wielu przypadkach doświadczyliśmy tzw. pomocy sąsiedzkiej, nawet kilka usług, za które normalnie bierze się pieniądze zostały wykonane za free, za flaszkę, bądź na zasadzie, zapłacisz, jak będzie następna okazja.
Nie było jeszcze dnia, w którym żałowałabym, że tutaj jestem. Oczywiście, zdarza mi się psioczyć: na wiatry, które urywają głowę, na ciężką glinę w ogrodzie, na uparte kozy, na Bazyla, od którego co jakiś czas dostaję w dupę, chyba dla przypomnienia, kto tu jest szefem stada oraz bardzo często na własną głupotę. Ale to niczego nie zmienia, bo za chwilę i tak znajduje się przeciwwaga i mój stan upojenia trwa.
Z pewnością jest więcej pracy, niż się spodziewałam. Może nawet nie więcej, ale zwykle są to prace dłuższe niż zaplanowana godzinka czy dwie. A zaczętą pracę trzeba skończyć. Trzeba nauczyć się planować, a tutaj przede wszystkim uwzględniać pogodę i rytm, który wyznacza sama natura. Życie nie dzieli się na 5 dni roboczych i weekend, a lato nie jest czasem wakacji czy urlopu. 
Trzeba psychicznie przygotować się na porażki, bo "sukces" bardzo często nie zależy od nas samych, ale w dużej mierze jest uzależniony np. od pogody.
Wiele nauki jeszcze przed nami, bo i planów na przyszłość trochę jest. A każde przedsięwzięcie to naprawdę spora dawka wiedzy (również tej o sobie samym). Tak więc, przygoda trwa.
Gumno

17 listopada 2015

Notatka zdecydowanie jesienna.


Listopadowy widok z okna. Wschód słońca.


Krajobraz coraz bardziej rozmiękczony przez poranne mgły. Drzewa w większości straciły liście. Teraz wartę przejęły złociste modrzewie. Bywa też ponuro, mokro i nieprzyjemnie, co ma swoje liczne zalety.

U nas wykończeniówka posunięta na tyle, że udało się na powrót przenieść na zimę do kopuły. Dzięki studni głębinowej i podkowie w piecu, leci ciepła woda. Z kranu!
Po okresie noszenia wiader z wodą, a potem grzania garów na piecu, przyznam, że jest to dla mnie skok cywilizacyjny. Prawie taki, jak rok temu zimna woda z kranu. HA! Cieszę się z tego doświadczenia. Tutaj ludzie powiadają: Tak się dawniej żyło... Wiem, ale sama tego nie przeżyłam. A teraz już tak. Przyda się. W przyszłości mamy plany orynnowania czego się da, żeby zbierać deszczówkę.

Kopułka wytynkowana. W tym roku nałożyliśmy cztery warstwy gliny, w sumie (z ubiegłorocznymi) sześć. Ostatnia kolorystyczna glina z kredą poszła już pędzlem. Starczyło nawet zapału, żeby zrobić kręciołka. Choć przyznam, że gdyby nie wpadła Dorota, już machnęłabym ręką. A jej chciało się wyrysować szablon.

Milion razy wchodziła i schodziła schodami, żeby rzucić okiem z innej perspektywy. Poprawiała, mazała, wyrównywała to, czego wyrównać się nie da. No i efekt końcowy mamy taki:

Przyjemnie się żyje z kręciołkiem nad głową. Dzięki, Dorotko.
Poza tym K. skończył podłogi, tam gdzie nie zdążyliśmy w ubiegłym roku. Teraz już wszystko wycyklinowane, pomalowane. Można żyć.
Mnie została teraz wykończeniówka, czyli przede wszystkim domycie wszystkiego oraz urządzanie tym, co mamy. Niektóre rzeczy mają swoją drugą, a nawet trzecią szansę. Na przykład takie półeczki zrobił K.
Kiedyś dostaliśmy od Przyjaciół deski. U nich robiły za szalunek. Mieszkając w Beskidach zrobiliśmy z nich ramę pod materac. Teraz przyjechały na Podkarpacie i będą podporą dla literatury. Tym szalunkowym chyba się nie śnił taki awans.

Ale będą też nowości. Zamawiamy u znajomego stolarza blat do kuchni. Niestety w naszym przypadku nie wystarczy mu powiedzieć: Wiesz, taki 200x60 cm. Przygotowanie szablonu wcale nie było łatwe, ale powstał.
Stolarz podumał nad nim, podrapał się w głowę odrobinę tylko przeklinając pod nosem i powiedział, że zrobi.
Kopułkę na zimę mamy zabezpieczoną, chyba nawet lepiej niż w ubiegłym roku. Na wiosnę jeszcze TYLKO dach i będzie można przejść do następnych marzeń.

W tak zwanym międzyczasie trzeba było jeszcze zrobić przetasowania w schronach dla zwierząt. Owczarnię bowiem zajmowały kozy. Kozom zatem trzeba było na zimę przystosować część dawnej obory służącej do tej pory za magazyn rzeczy różnych. Udało się. A owce nie dość, że wróciły na dawne śmieci, to powiększone o dodatkowy metraż i dodatkowy paśnik. Chyba wszyscy zadowoleni z tych rozwiązań z wyjątkiem Berniego (capka), który dostał osobny boks i nie może na stałe molestować dziewczyn. Swoją drogą, odkąd mam capka, zrozumiałam skąd się wzięły te wszystkie obleśne zachowania i gesty panów wykonujących zwykle jakieś prace budowalno-chodnikowo-drogowe. Na szczęście w przypadku zwierząt wygląda to bardziej naturalnie, a nawet zabawnie.

Przy okazji tworzenia tymczasowej koziarni, musieliśmy się wybrać do lasu po żerdzie mające służyć za trzon konstrukcji. Nasz "las", to kilkunastoletni gąszcz samosiejki, którym nie było czasu się zająć, ale który stopniowo przerzedzamy, kiedy zachodzi potrzeba. Ponieważ nie mamy jeszcze żadnego wozu, traktora, ani innej siły pociągowej, musieliśmy sami przytargać owe żerdki. Całkiem były ciężkie, więc indiańska metoda noszenia ciężarów, opisana przez Szarą Sowę*, wydawała się najsensowniejsza. W skrócie polega ona na podzieleniu całego ładunku i przenoszeniu jak największych ciężarów na niewielkie odległości. Odpoczywa się wracając po następną porcję, którą przenosi się kawałek dalej itd. Podobno metoda ta daje lepsze efekty, niż noszenie mniejszych ciężarów bezpośrednio do celu.
Jak widać, korzystamy z wielu dostępnych tradycji. Wkrada nam się też jednak nowoczesność.
Czy sensowna, to się okaże w przyszłości. Nasza gmina dostała 90% dofinansowania na projekt: "Budowa mikroinstalacji prosumenckich". Trzydzieści parę gospodarstw było zainteresowanych, w tym my. Jak będą skonstruowane umowy z energetyką i jak to będzie w praktyce hulać, przekonamy się w najbliższym czasie. Do końca stycznia ma być zakończony cały proces rozruchowy.

I to chyba wszystkie nowości. Bo z pewnością nie jest żadną niespodzianką, że odkąd wyjechał K. dużo czasu spędzam u mechaników różnych. Samochody ZAWSZE to robią...
Ale pojawiła się przy okazji taka refleksja, że właściwie wszystkich fachowców potrzebnych do funkcjonowania gospodarstwa domowego mamy w zasięgu naszej wsi. Murarze, tynkarze, cieśle, stolarze, hydraulicy, spawacze metali różnych, specjaliści od prac ziemnych, mechanicy, naprawiacze AGD... A nie znamy jeszcze wszystkich "usługodawców". Jest to wygodne i społecznie bardzo rozwijające.

Dużo deszczu i spokoju na ten przedzimowy czas.

* Grey Owl - Pielgrzym puszczy.

25 sierpnia 2015

Notatka o przybytku i ubytku... i errata

Dopisuję niestety kolejny ubytek - straciliśmy wczoraj Felusia. Był to kogut-marzenie. I piękny, i mądry, i pracowity. Nie wiem czy był smaczny - to wie nasz okoliczny lis (albo liszka).

Zaczęło się od ubytku. Jakiś miesiąc temu woda w naszej studni zaczęła niepokojąco obniżać poziom. Pogoda jaka jest, wszyscy wiedzą, nie było więc widoków na to, że coś się poprawi.
Podjęliśmy próbę wzmocnienia studni poprzez wwiercenie pod ciśnieniem wody kilkumetrowych perforowanych rur w dno.
Mimo dobrego nastroju towarzyszącego pracy sytuacja niewiele się poprawiła. Codziennie przez kilka dni mogliśmy sobie dopompować po kilkadziesiąt litrów wody. Jednak po dalszej fali upałów skończyło się również i to. Na potrzeby gospodarcze przywoziliśmy wodę w plastikowyh baniakach od sąsiadów podpiętych do wodociągu, ale w końcu zasililiśmy studnię w ten sposób:
Na jakiś czas wystarczy. Pewnie trzeba będzie dowieźć jeszcze parę razy. Stoimy w kolejce do wiercenia studni. Termin mamy na drugą połowę września. Póki co odpadło mi wiele nie tak niezbędnych czynności jak pranie czy podlewanie. A kąpiele i  mycie garów można wykonać w "szklance wody".

Nie ma jednak co narzekać. Przynajmniej mamy zieloną trawę na pastwisku, co jak się okazało, nie wszędzie jest takie oczywiste. A skoro tak, to przywieźliśmy jeszcze kilka owieczek od Rogatej Owcy. Przyjemna to była wycieczka. Gospodarze przyjęli nas suto zastawionym stołem, pysznym winem i swoim interesującym towarzystwem. Dobrze spotykać takich ludzi na swojej drodze. Widzisz się drugi raz w życiu, witasz jak ze starym znajomym, siadasz i gadasz, i gadasz...
Owocem tej podróży jest pięć młodych dziewcząt w naszym stadzie. Mamy ich teraz dwanaście plus Bazyl. Nowicjuszki przez kilka pierwszych dni trzymały się w kupce, zbierały trochę szturchańców od starszych koleżanek, Bazyl dokładnie je obwąchał i na razie dał spokój.

Jeszcze zielono ale widać już zbliżającą się jesień.
Następnego dnia po powrocie z Dolnego Śląska zaczęły się pojawiać na świecie puszyste kulki.
Najpierw trzy, potem pięć, w sumie dwanaście z trzynastu podłożonych jaj. Ostatnie jajo nie chciało wydać na świat młodego, potrzymaliśmy jeszcze przez dobę w inkubatorze:
(w wielkanocnym koszyczku przygotowanym przez Małą M.)

ale ostatecznie okazało się niezalężone. Nie udało się również uratować jednego młodego pisklątka, słabowitego od początku. Ostatecznie mamy jedenaście młodych-pierzastych.

Po liczbie zdjęć pisklakowych łatwo odgadnąć, że to moje pierwsze "wykluwanie". Oczywiście emocje, telefony z pytaniami co robić, żeby było dobrze. Nie przesadzać, nie przeszkadzać, ale też nie zaniedbać. Dzięki mojej przyjaciółce Joli, która poniekąd jest matką chrzestną maluchów (od niej pochodzi kwoczka) i Kuro Neko jakoś udaje mi ogarnąć towarzystwo. Właściwie teraz ogarnia je już kwoka, ale ja uzurpuję sobie prawo do bycia kwoką-alfa i trochę się wtrącam...

Jeśli chodzi o przybytki, to przybywa mi również pomidorków. Wydaje się, że tylko im ta susza nie przeszkadza. Mam pomidorowe zbiory (dojrzałe!) pierwszy raz po czterech latach prób. Owocują zarówno te w tunelu, te pod daszkiem przy ścianie domu, jak i te w ogrodzie pod niebem.
Pierwszy większy zbiór różnych kształtów, rozmiarów...
... i kolorów
To dobrze, bo można częstować gości pomidorami i kozim serem. Ciągle nie mogę się nadziwić, że mimo  "zadupia" odwiedza nas tylu znajomych. Fajne takie odwiedziny. Zwykle ożywcze, inspirujące, często odkrywcze, jak na przykład ta Sylwii i Sebastiana. Sebastian wypatrzył u nas na skarpie wierzbówkę kiprzycę, Sylwia zebrała liście i powiedziała co z nimi zrobić. Zastosowałam się do instrukcji i popijam sobie teraz Iwan czaj. Ha!
Takie "blogowe" wizyty mają również tę zaletę, że można od razu przejść do sedna rzeczy. Z grubsza wiemy co u nas, bo się przecież czytujemy, po kilku zdaniach wiadomo, że nadajemy na podobnych falach, więc z marszu przechodzimy do omawiania zalet i wad glebogryzarki, grawitacyjnego systemu wodnego czy kontaktów z lokalnymi mieszkańcami. A o czym rozmawiali nasi Faceci przy okorowywaniu okrajek, to już nie wnikam...
Znajomi przyjeżdżający z dzieciakami cieszą się, że teren duży, nie ma dróg, można spuścić małe z oka. Za to zwierzątek dużo, co jest atrakcją przynajmniej na chwilę. A jeszcze lepszą atrakcją jest stodoła załadowana po dach kostkami siana. Każdy z odrobiną wyobraźni domyśli się, co mogą z tym zrobić dzieci... 
Mamy też lokalne atrakcje:
Nasza wieś słynęła kiedyś z wiatraków. Zostało kilka. Ten jest w najlepszym stanie i działa. Jego właściciel co roku miele swoją mąkę.
Za atrakcje uchodzą również inne urządzenia, które u nas są jeszcze w codziennym użytku.
Rozmowy z przyjeżdżającymi z miasta przyjaciółmi zawsze dla nas podnoszące na duchu. Bo ładnie, bo przy lesie, bo spokój, bo ptaszki i nawet jeśli czai im się w oczach przerażenie na myśl o ogromie pracy, który jeszcze potrzebny, to i tak to jakoś motywuje pozytywnie.
Wszystkim odwiedzającym - dziękujemy:)

6 lipca 2015

Notatka o Białce

Sianokosy zakończone! Mam zawalone siankiem całe piętro stodoły. Dzięki uczynności sąsiadów i mojej wdzięczności w postaci piwa (no, za traktor zwożący musiałam zapłacić) oraz wizyt przyjaciół (dzięki Aniu, Domin, Jasiu!) udało się wstrzelić pomiędzy deszcze i zebrać siano jeszcze nieprzejrzałe.
No a jak już tego siana tyle, to powiększyłam naszą rodzinę.

Od dawna "poluję" na kozy karpackie. Sprzedaż tegorocznych z zakładu z Odrzechowej przeszła mi koło nosa, mimo że sprawdzałam codziennie. Rozeszły się w dwie godziny od ukazania ogłoszenia. Przeglądam więc oferty i szukam. No i w tamtym tygodniu znalazłam całkiem niedaleko tę oto Białkę.
Nie mam papierów, że jest rasowa i na pewno nie jest. Raczej "w typie" karpackiej, ale i tak się z niej cieszę.
Szczęśliwie jest przyzwyczajona do dzieci i bardzo łagodna, co ma z kolei duże znaczenie przy dojeniu. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, więc Białka z konieczności jest moją "kozą doświadczalną". Dużo emocji z tym związanych. Póki nie dopadnie mnie dojeniowa rutyna, napawam się tym momentem intymnym, trochę magicznym i zadziwiam spokojem i naturalnością, z jakimi ona to przyjmuje.
Teraz szukam dla niej karpackiego towarzystwa zarówno kózek, jak i capka. Gdyby ktokolwiek wiedział...

Ponieważ w życiu słodkie zawsze miesza się z gorzkim, to dla równowagi również w tamtym tygodniu lis porwał mi cztery kury. Strasznie mi przykro. Padły trzy z tegorocznych dokupionych na wiosnę, które właśnie zaczęły nieść jaja oraz moja jedyna zielononóżka.
Jutro wraca K., będziemy musieli chyba wygrodzić wybieg dla kur i... zaczynamy strzyżenie owiec. To też będzie duże doświadczenie!

Słońca lub deszczu, ciepła lub chłodu! Ale pamiętajcie - nie można mieć wszystkiego:)

8 czerwca 2015

Notatka w sosie słodko-kwaśnym

Z okazji minionego niedawno Dnia Dziecka pomyślałam sobie, że dzieci to my mamy całkiem sporo na gospodarstwie.
Króluje Mała M. Niepodzielnie. 
Wciela się w różne role, poszukuje siebie, walczą w niej przeciwności różne. Bywa pomieszaniem Pippi z Meridą Waleczną, ma też odsłony sielskie, częściej jednak lubi się prezentować w wydaniu księżniczkowym. Echh... dziewczyny.



Owcze potomki rosną dobrze, niektóre barwy zaczynają już zmieniać. Ale tłuste kluseczki przypominają wszystkie. Ruchliwe są bardzo. Razem z rodzicami dostały nową kwaterę pastwiska, razem z kawałkiem lasu (dzięki uprzejmości właścicieli lasu). Mają zatem cień, krzaki do obgryzania, drzewka do czochrania się i bodzenia. Nie będzie musiał Bazyl walczyć z ogrodzeniowymi słupkami. 
Strzyżenie, które było zaplanowane na końcówkę maja, z powodu deszczu i chwilowej nieobecności K., zostało przeniesione na początek lipca. Muszą się przemęczyć.
Ale maszynkę już mamy i zdobywamy wiedzę na youtubowych filmikach. No i zobaczymy jak się to przełoży na praktykę strzyżenia tych naszych rogatych.




Mamy też dzieci kocie. Trzech Muszkieterów. Po prawdzie, to dwóch oraz Ona. Ona to Czarnuszka. Gdyby Złamas nie był kastratem można by pomyśleć, że to jego córka, choć charakter zupełnie inny. Z Muszkieterów jest najodważniejsza, najbardziej ciekawska, najbardziej waleczna, najtrudniejsza do okiełznania. Ale... również Ona zawładnęła sercem Stasinka. Powłóczy za nią wzrokiem, wylizuje jej dupkę oraz inne części... Często przewraca ją takim liźnięciem, na co ona wystawia mu wtedy brzuch do lizania. Owinęła go sobie wokół igiełkowatego pazurka. Saba toleruje je z daleka. Kiedy zbliżą się niebezpiecznie, albo się usuwa, albo kłapie na nie paszczą.
Mała M. opowiada im bajki, śpiewa kołysanki, a one potrafią zasnąć jej na kolanach. Kiedy wraca z przedszkola, biegną do niej wszystkie w podskokach. Kocia mama...
Ja codziennie rano, po trudnej nocy, kiedy łażą nam po głowach, urządzają gonitwy tupiąc straszliwie, obgryzają nasze członki wystające spod kołdry, odgrażam się, że wywalę całą ferajnę do stodoły, a potem im bliżej wieczora jakoś mi przechodzi i tak mija kolejny dzień...








Kurze dziewczęta dokupione kilka miesięcy temu na jarmarku podrosły i mam nadzieję, że w wakacje zaczną znosić jajka. Nie zintegrowały się ze starszą częścią stada. Mimo wspólnego kurnika cały czas trzymają się razem ze sobą ale osobno od reszty. Smutno było patrzeć na początku, jak urodzone na fermie, nagle przesiedlone na sporą przestrzeń siedziały zbite w kupkę. Przez kilka dni bały się wyjść z kurnika, najciemniejszy kąt wydawał im się bezpieczny, a zielona trawa i świeży powiew budziły przerażenie.
Przy okazji pokażę Felusia. Chyba w końcu mamy koguta idealnego. I przystojny i maniery ma. Blondyn musiał niestety odejść (że tak eufemistycznie powiem). Coraz częściej przesiadywał u kur Sąsiadów i zaczął się wdawać w bójki z ichniejszym kogutem. Jako starszy i większy spuszczał mu manto. Z jednej walki tamten ledwo wyszedł z życiem. Blondyn zbroczony krwią też dobrze nie wyglądał.
Feluś za to pilnuje moich pań. Uprawia piękne tańce godowe, zakończone dzikim seksem, potem częstuje je różnymi wygrzebanymi smakołykami. Za to one szczęśliwe trzymają go zawsze w środeczku podczas kurzych kąpieli i wylegiwania się w słońcu.




Mam jeszcze inne dzieci. Tych jest najwięcej w gospodarstwie. Są to jedyne dzieci na świecie, które NIE są kochaniutkie i słodkie, nie budzą żadnych przyjaznych odczuć, nie poruszają serca. Przynajmniej nie w tym znaczeniu, o którym się myśli w kontekście dzieci.
Dzieci ślimacze ślinika luzytańskiego.
Są ich tysiące. Każdy rzut oka na ziemię wyłuskuje przynajmniej kilka. Niewiele się uchowało z moich upraw. Niektóre rośliny w ogóle nie dały rady wyrosnąć. Już widziałam jak kiełkowały z ziemi, po czym jednej nocy znikały tajemniczo. Inne sterczą z ziemi ogołoconymi kikutami. Ślimaki jedzą wszystko. Już wiem, że zjedzą również cebulę i czosnek. Nie w pierwszej kolejności, ale i tym nie pogardzą. To co u mnie w tym momencie rośnie ładnie, to tymianek i melisa. 
Prawdopodobnie sama przyczyniłam się do namnożenia ślimaków w ogrodzie. Zaściełane grządki na zimę, poczynione wały dały im doskonałe warunki do przezimowania i rozwoju. Kiedy wiosną zobaczyłam co się dzieje, musiałam szybko posprzątać ściółki. Wały stoją puste. Próby posadzenia czegokolwiek, kończą się fiaskiem po jednej nocy. Robienie pułapek nie bardzo się sprawdza przy dosyć dużej i rozczłonkowanej powierzchni ogrodu, rozsypywanie trocin czy popiołu też właściwie nie działa, bo wystarczy, że zawilgotnieją od wieczornej rosy i ślimaki spokojnie sobie radzą z taką przeszkodą. Moje kury nie jedzą ani ślimaków, ani ich jaj (co już sprawdzałam jesienią). Mocno się zdziwiłam tą niechęcią do jaj ślimaczych, bo podobny do nich styropian zjadają aż miło....
Tak jak pisała Gorzka Jagoda tutaj, sucha (oczyszczona) ziemia, częste motyczkowanie i utrzymywanie skoszonych połaci wokół trochę pomagają. Ale kiedy przychodzi deszczowa pogoda, nie ma silnych. Nawet tym co sypią chemią ręce opadają.
Każda pogadanka z sąsiadami też zahacza o temat. Jak ta sprzed kilku dni:
- Dzień dobry. Jak tam u Pani ślimaczki?
- A dziękuję. Kończą już grządki, a u Pani?
Z kolei bazarkowe rozważania w kolejce po sadzonki (bo moje już zjedzone), wyrwały z jednego pana wyznanie, że obsadził cały warzywnik lawendą. Chwali, że działa. Ślimaki są, te które wychodzą z ziemi, ale przynajmniej nie podchodzą te z zewnątrz.
Miejscowi mają jakieś tajne przekonanie (wiarę) o siedmioletniej pladze ślimaka, który podobno powoli się przemieszcza. Zostały jeszcze trzy lata...
A na razie musi mi wystarczyć to, co urośnie w tunelu - przynajmniej tyle można jakoś "ogarnąć" codziennym zbieraniem.

Żeby nie kończyć całkiem na kwaśno... Jakiś czas temu pojawiła się informacja o zakazie wyrzucania niesprzedanej żywności. Rzecz się dzieje we Francji i dotyczy supermarketów. Prawdę mówiąc słabo wierzę w systemowe rozwiązywanie takich kwestii, ale skoro mówi się o tym już na "szczeblach", to może jest szansa w ogóle zwrócenia uwagi na problem marnotrawstwa. Może idea się rozprzestrzeni, może bary, restauracje, różnego rodzaju kateringi i inne małe sklepiki zarażą się pomysłem, że to co lądowało w koszu można przekazać dalej ku radości i pełnym brzuchom np. zwierzaków. Może ludzie pomyślą o tym nawet na poziomie własnego domowego zarządzania jedzeniem... Oby.

Udanych sianokosów!